Wstrząsający "Lot 93" od wczoraj jest w polskich kinach. Krytycy mówią, że na taki właśnie czekali. Antyhoollywoodzki, bez patosu i natrętnej, patriotycznej bohaterszczyzny. Prosty, surowy i wstrząsający. I nic dziwnego, bo nie zrobił go Amerykanin, a brytyjski reżyser Paul Greengrass - autor poruszającej "Krwawej niedzieli".

Reklama

W filmie nie ma pojedynczych bohaterów. Zbiorowym są za to wszyscy pasażerowie tytułowego lotu 93. Dlaczego? Bo postanowili walczyć, gdy dowiedzieli się, że lecą na śmierć. Ten samolot miał uderzyć w Biały Dom albo Kapitol, siedzibę amerykańskiego Kongresu. Rozbił się na polach w południowej Pensylwanii, bo pasażerowie zaatakowali terrorystów i wtargnęli do kabiny pilotów.

Zupełnie inny jest "World Trade Center" Olivera Stone'a. To łzawa historia o bohaterskich policjantach i strażakach zasypanych pod gigantycznymi zgliszczami WTC. Na widowni premierowego pokazu na festiwalu w Wenecji pojawiły się łzy, ale słychać było też gwizdy.

Dlaczego? Bo to kolejna hollywoodzka produkcja - naiwna i w wielu momentach po prostu śmieszna. Bo jak traktować scenę, gdy jeden z zasypanych bohaterów ma wizję: objawia mu się postać Chrystusa, który podaje mu plastikową butelkę wody mineralnej. Film Stone'a trafi do naszych kin 6 października.

Pogrążona w tragedii Ameryka to także temat najnowszego dokumentu Spike'a Lee "When the Levees Broke". Opowiada o kataklizmie wywołanym przez huragan "Katrina" i ofiarach żywiołu. Ten film również obejrzą widzowie weneckiego festiwalu.