To było drugie uderzenie "Casino Royale", czyli 21. części cyklu. Pierwszym były pokazy dla dziennikarzy. I oni już wydali werdykt - jest rewelacyjnie! Czy to prawda, przekonamy się w piątek. Wtedy film wejdzie na ekrany polskich kin.

Reklama

Film wraca do korzeni. To ekranizacja pierwszej powieści o agencie 007, którą napisał Ian Fleming jeszcze w 1953 roku. Dlatego producenci - rodzina Broccoli, która przez lata walczyła o prawa do przeniesienia na ekran "Casino Royale", stwierdziła, że Bonda uprości. Samochód agenta 007 już nie będzie mieć rakiet, w długopisie nie będzie bomby, a szalony naukowiec Q nie pojawi się na ekranie. No i nowy James Bond jest całkiem inny. Pognieciony, nieuczesany, w lnianych spodniach i... blondyn.

To właśnie sam Bond, czyli Daniel Craig, wzbudził najwięcej kontrowersji. Ale to niczego nie przesądza. Bo Sean Connery, gdy zagrał w "Dr. No", czyli pierwszym Bondzie z 1962 r., również był ostro krytykowany. Ot, mięśniak bez klasy, mówiący ze szkockim akcentem. A dzisiaj sir Connery dla wielu jest agentem idealnym. Może więc i Craigowi uda się przebić przez mur zbuntowanych wielbicieli Bonda?

To już 44 lata, odkąd świat namiętnie ogląda walkę dobrego agenta z czarnymi charakterami. Kiedy jeszcze istniał Związek Radziecki, to najczęściej byli to szpiedzy radzieccy, którzy chcieli zniszczyć Amerykę, a potem zapanować nad tym, co pozostało z tego zniszczenia. Ostatnio ich miejsce zajęli terroryści. Ale nic nie zmieniło tego, że na koniec to Bond zwycięża, po drodze łamiąc piękne serca i wypijając litry martini. Wstrząśniętego, nie zmieszanego.