Śmiertelna choroba odebrała Skubikowskiemu możliwość normalnego porozumiewania się. Na łamach "Faktu" zdecydował się opisać swoją dramatyczną walkę z nowotworem krtani. To wstrząsająca relacja człowieka, którego los doświadczył ponad ludzkie siły, który miewał chwile zwątpienia w sens swojej walki, ale bardzo chciał żyć. "Każdy dzień niesie i cierpienie, i nadzieję. Ode mnie zależy, co wybiorę" - pisał jesienią Skubikowski. Oto jego spowiedź:

Reklama

"Wiadomość o tym, że to może być rak, potraktowałem jako błąd lekarza. Ja chciałem tylko syrop! To było rok temu. Miałem chrypkę, byłem zaziębiony, ale pełen planów i sił. Palenie rzuciłem 12 lat temu i wiodłem higieniczny tryb życia. W planach miałem obronę pracy doktorskiej z prawa autorskiego i nowe nagrania z Janem Borysewiczem. Diagnoza, niestety, się potwierdziła, ale szybko nadeszło uspokojenie - to tylko maleńki guzek na strunie głosowej, więc radioterapia, 35 naświetlań i po wszystkim. Niestety, nastąpiło wznowienie, więc tym razem chirurgia. Wycięto mi strunę głosową, potem kolejną, wreszcie całą krtań. Jestem niemową. Oddycham przez rurkę. Jem przez rurkę prowadzącą przez nos do żołądka. Jestem chudszy o 17 kilo i zastanawiam się, czy to nadal ja?

Bez wątpienia tak, choć bogatszy o doświadczenia zupełnie niepotrzebne. Mówią, że cierpienie uszlachetnia, że Pan Bóg doświadcza najlepszych, ale to bzdury - cierpieniem i doświadczeniami można dzielić się tylko z tymi, którzy przeszli przez podobne cierpienia, ale oni przecież już swoje wiedzą. Za to poznaje się wspaniałych ludzi - poświęcenie mojej mamy, bezgraniczne oddanie żony Małgosi, pomoc ze strony Maćka (Maciej Januszko - lider zespołu Mech) wzbudzają mój wielki podziw i wdzięczność. Superludzie ze szpitala - lekarze, siostry, personel, a jednocześnie materialna mizerota polskiej służby zdrowia i kolejki chorych ludzi po życie - wystają godzinami pod gabinetami, liczą na szansę, walczą. Najpierw nie rozumiałem tego, myślałem - no i co? Najwyżej koniec - spokój i dla mnie, i dla bliskich. Teraz wiem, że nie tak łatwo umrzeć. Po tym wszystkim warto żyć!

Nadal pracuję, jestem prezesem Stowarzyszenia SAWP (Stowarzyszenie Artystów Wykonawców), choć wiele moich obowiązków dociążyło dyrektor Ulę Kezik. Porozumiewam się telefonicznie przez syntezator mowy. Wierzę, że obronię doktorat - został już tylko jeden egzamin - i że pojadę jeszcze w kolejne podróże, zwłaszcza te, na które miałem już kupione bilety, kiedy spadło na mnie to cholerstwo. Na razie czekam na nową operację, po której będę znowu normalnie jadł. Każdy dzień niesie i cierpienie, i nadzieję i ode mnie zależy, co wybieram".