Na koncercie inauguracyjnym (21.09) usłyszeliśmy sonorystyczną "Fantasia Elegiaca" nestora awangardy Kazimierza Serockiego oraz dwie nowe kompozycje czołowych reprezentantów postmodernizmu. Paweł Szymański swoim zwyczajem wciągnął słuchaczy w grę idiomami muzyki historycznej, w wypadku "Ceci n'est pas une uoverture" - późnoklasycznej, ze szczególnym wskazaniem na krótkie formy orkiestrowe Beethovena. I niby wszystko było na swoim miejscu: znane motywy krążyły w nerwowych zapętleniach i nawarstwieniach, tworząc surrealistyczną aurę typową dla muzyki kompozytora, a zaskakujące kulminacje i zwroty akcji drażniły przyzwyczajenia melomanów. Dziełu zabrakło jednak koncepcyjnej "brzytwy": poczucia humoru znanego z "Quasi-una-sinfonietty" albo metafizycznego napięcia Koncertu fortepianowego.

Reklama

Niejako w zgodzie z tytułem, utwór przypominał "zepsutą uwerturę". Sztuce Szymańskiego zagraża niestety od lat kilku manieryzm, jakby kompozytor począł parodiować sam siebie, miast poszukiwać głębokich sensów ukrytych w muzyce "utraconego raju" klasyki.

Niedosyt pozostawiła również II Symfonia Pawła Mykietyna, który przeżywa właśnie swoisty przełom, polegający na porzuceniu postmodernistycznych gierek stylistycznych na rzecz eksperymentów z ćwierćtonami oraz manipulacji czasem muzycznym. Symfonia faktycznie mogła zafascynować znakomitą ekonomiką gestu, pieczołowicie budowanymi kulminacjami, wreszcie zmyślnym zazębianiem rozgrywających się w różnych tempach ogniw, co budowało iluzję swoistej polifonii czasów. Całość dzieła rozpadała się niestety na wiele słabo ze sobą powiązanych epizodów, przywodzących na myśl raczej swobodną konstrukcję suity filmowej niż doskonałość i kompletność symfonii Lutosławskiego.

Hitem wieczoru stała się kompozycja założyciela Warszawskiej Jesieni Kazimierza Serockiego. Ekscentryczne brzmienia skrajnych rejestrów organowych wspartych "agresywną orkiestrą" tworzyły niepokojącą aurę brzmieniową o kreacjonistycznym powabie muzyki elektronicznej. Specyficzna dzikość, nieokiełznana energia sącząca się z większości partytur Serockiego trzymała jednocześnie słuchaczy w ogromnym napięciu aż do ostatnich minut dzieła.

Jakoś trudno uwierzyć w świetną kondycję muzyki polskiej, gdy jej największy obecnie wizjoner przeżywa twórczy kryzys, a główna nadzieja dopiero poszukuje własnego języka. Zwłaszcza że rozczarował kolejny polski wątek rocznicowej Warszawskiej Jesieni. Elżbieta Chojnacka, wybitna klawesynistka nazywana często ambasadorem polskiej muzyki współczesnej na świecie, nie zawiodła oczywiście jako instrumentalistka (23.06). Choć dała, jak zwykle, popis niepodrabialnej wirtuozerii oraz charyzmy scenicznej, recital okazał się fiaskiem z powodu wątpliwych wyborów repertuarowych. Zachwyciły tylko klawesynowe utwory György Ligetiego, od których Chojnacka zaczynała karierę blisko cztery dekady temu. Zawrotne tempo, transowa motoryka i wirtuozowska gra wielu nakładanych na siebie rytmów nikogo nie pozostawiły obojętnym. Jednakże elektroakustyczne "Pentacle" Jeana-Claude'a Risseta, choć mogło imponować precyzją zaprogramowania ruchu dźwięków w przestrzeni, nie przekonywało jako samodzielna kompozycja; repetytywne "Haiku" Marina Smolki po prostu nużyło monotonią, a utwór pochodzącego z południowej Afryki Granta McLachlana stanowił infantylną próbkę wszystkożernej world music. "Nie interesuje mnie powierzchowne mieszanie stylów, lecz poszukiwanie nowych jakości oraz możliwości klawesynu" - twierdziła Elżbieta Chojnacka przed warszawskim recitalem. Ten zdaje się niestety świadczyć o czymś zgoła odmiennym.

Doświadczenia poprzednich festiwali pokazują jednak, że olśnienia pojawiają się poza zasięgiem medialnej wrzawy. Rocznicową rewelacją okazał się koncert monograficzny Szábolcsa Esztényiego. Ów rozchwytywany pianista ma w światku kompozytorskim status szarej eminencji. To z myślą o zjawiskowej technice fortepianowej Esztényiego wybitne dzieła pisywali Tomasz Sikorski oraz Paweł Szymański. Podobnie zresztą zdaje się postępować sam zainteresowany mający w katalogu niemal wyłącznie utwory na jeden oraz dwa fortepiany. Te ostatnie nagrane wraz z Iwoną Mironiuk wypełniły debiutancką (sic!) płytę blisko 70-letniego twórcy oraz program skromnego wieczornego koncertu. "Frederick Rzewski nazwał fortepian <czarną trumienką muzyki współczesnej>" - wyjaśnia kompozytor. "Mnie interesuje <fortepian totalny>. Pragnę w pełni wykorzystać jego niekonwencjonalne możliwości, by pokazać, że to wciąż żywy, nie do końca odkryty instrument".

Choć w Filharmonii Narodowej Esztényi oraz Mironiuk rzadziej sięgali po słynne efekty „z wnętrza fortepianu”, to spożytkowanie przez muzyków naturalnego rezonansu oraz innych akustycznych niuansów jako istotnych środków wyrazu całkowicie wyjaśniało sens tej deklaracji. Kompozycje Esztényiego urzekły medytacyjnym duchem, lakonicznością i błyskotliwym wykorzystaniem niezwykle skromnego materiału, ograniczonego nieraz do pojedynczego trylu. Wątpliwości wzbudziło jedynie zamówione przez festiwal wokalno-instrumentalne (alt Małgorzaty Pańko) "Spojrzenie z oddali". Potwierdza to tylko tezę samego Esztényiego, który uważa, że jego sztuki kompozytorskiej nie sposób postrzegać w oderwaniu od osobowości pianisty oraz improwizatora.