Zmiana przydałaby się Sławomirowi Shutemu, bo mało który z pisarzy został tak jak on wyraźnie zaszufladkowany. Wszystko się dopełniało: książki takie jak "Bełkot", "Cukier w normie" i happeningi jego cyrku z Nowej Huty, w czasie których biczował się parówkami, pisemko "Baton" sparodiowana gazetka reklamowa. I jeszcze hipertekstowa powieść zamieszczona w internecie "Blok" - zauważa DZIENNIK. Można go zwiedzać, klikając w poszczególne piętra i nazwiska mieszkańców. Blok to naturalne środowisko Shutego, laboratorium ludzkich typów i zachowań. Wyprzedaże, bonusy, ekstra okazje i promocje " cały ten sztafaż języka reklamowo-rynkowego Shuty we wszystkich swoich książkach i akcjach przekręcał i wyśmiewał. Aż w pewnym momencie zobaczono w nim papieża antykonsumpcji, który piętnuje i oskarża współczesny świat. Sprawiła to przede wszystkim powieść "Zwał" opowiadająca o pracowniku Hamburger Banku. Shuty wykorzystał fragment własnej biografii, kiedy to zaraz po studiach ekonomicznych pracował w oddziale jakiegoś banku w Nowej Hucie. Po roku uciekł stamtąd, wybrał pracę fizyczną - pakowanie paczek na poczcie i kopanie stawu.

Reklama

Zaliczyć zwał w weekend to sposób odreagowania po pięciu dniach upadlającej pracy, a jednocześnie zwał to stan języka, papka słowna, którą posługują się pracownicy. Przy czym literacko "Zwał", jak na ładunek wybuchowy, był bardzo przewidywalny. Za to trafił na swój moment - publiczność czekała na powieść antykapitalistyczną. Wizerunek pisarza zaangażowanego przylgnął do Shutego na stałe, choć bliższa mu znacznie była czysta błazenada i absurdalny humor. Sam siebie określał jako "produkt polski". Po nagrodzonym Paszportem Polityki "Zwale" z Krakowa dochodziły wieści, że oto pojawia się jako fałszywy proboszcz albo kandyduje do Sejmu z listy Samoobrony. Ten pomysł porzucił, gdy wspomniana partia bardzo przychylnie zareagowała na jego prowokację. W ostatnich dwóch latach mniej było słychać o akcjach Sławomira Shutego, a to dlatego, że zajął się reżyserowaniem i pisaniem scenariuszy filmowych. Niebawem zobaczymy jego pierwszy pełnometrażowy film grozy "Panoptykum" rozgrywający się, jak to u tego pisarza, w osiedlowym bloku. Czego by jednak nie zrobił, i tak był kojarzony jednoznacznie " jako rycerz antykonsumpcji.

Teraz niespodziewanie Shuty odrzuca parówki, którymi biczował się w czasie swoich happeningów, nie próbuje już budować z języka bomby przeciwko systemowi, tylko opowiada o odwiecznych ruchach kopulacyjnych, używając języka taniego romansu, a trochę tetmajerowskiej gawędy zmieszanej z rozbuchanymi opisami przyrody. A wszystkie te języki wygina jak może. Do tej pory, jeśli podsłuchiwał język, to był to slang reklamowy albo język mówiony, a teraz zwraca się w stronę czystej literatury. Mówił o tej zmianie w wywiadzie dla internetowego magazynu "ArtPapier": "Moja osoba kojarzona jest też w pewien określony sposób " z antykonsumpcją itp. Jednak większą wartość dla mnie ma sam akt tworzenia, aniżeli przyjmowanie określonej postawy. Uważam, że sztuka niekoniecznie powinna wiązać się z wyraźnym społecznym przekazem. Istnieje coś takiego jak sztuka dla sztuki i wcale nie musimy tego wiązać z rozpasaniem i dekadencją". Trzeba przyznać, że co jak co, ale motto wybrał sobie pierwszorzędne, pożyczając je od Zinedine’a Zidane’a: "Nie żałuję, ale przepraszam dzieci". Po takiej deklaracji wszystko, co następuje dalej, musimy wziąć w nawias i nie traktować tego zbyt poważnie.

Nie warto choćby doszukiwać się w "Ruchach" jakiejś spójnej rzeczywistości czy jasno określonego miejsca. Nie wiadomo, czy to wieś, czy może krakowska knajpa "Piękny Pies". Bohaterów też nie sposób rozróżnić: Bulsza miesza się z Bordą, a ten z niejakim Ślękiem. Tylko kobiety mają zupełnie normalne imiona: Mariola, Kacha, Gocha. I w różnych konfiguracjach kładą się na pluszowe kanapy, takie jak w telenowelach, by wykonywać ruchy przypominające żuka odwróconego pancerzem w dół. Rozwój akcji jest tu równie nieistotny jak postacie. W każdym razie nie sposób, nawet przy mrówczej wytrwałości, wyłuskać spójny ciąg zdarzeń. Świat ten jest więc mocno przekrzywiony, odrealniony, jego konsystencja kojarzy się nieodparcie z galaretą z nóżek, która też przy dotknięciu wykonuje ruchy. Wiemy tylko, że w tej przestrzeni trwa odwieczny rytuał "nadziewania pieroga" i "wiuśtania" i tym podobnych powtarzalnych czynności. Jeden z bohaterów czuje ogromną potrzebę, by "sprukać się w jakąś śmieszną lampucerę". Polski język erotyczny jest rzeczywiście niezwykle ubogi, nic dziwnego więc, że Shuty go twórczo rozwija, bawiąc się nim przez cały czas.

Język jest tu zresztą najważniejszy. Wszystko to tylko pretekst. Shuty parodiuje romans: "Miłość jak miód świeżo z pasieki wybrany, sączyła się zewsząd długimi złotymi glutami". Doprowadza do absurdu rozmaite sposoby pisania i mówienia o miłości. Wszystkie są sztuczne, śmieszne i na naszych oczach dokonuje się ich erozja i destrukcja. Nie tylko język jest podejrzany " każde zachowanie okazuje się nieprawdziwe oprócz owych zwierzęcych, naturalnych ruchów. Czy to jednak może być dziś jeszcze jakimś odkryciem? Tyle już napisano o teatralności ludzkich zachowań, że to, chcąc nie chcąc, zobowiązuje.

Język powieści nabiera rozpędu, sam do siebie się uśmiecha i sam sobie się kłania. Atrakcja goni atrakcję, co w nadmiarze, jak wiadomo, bywa straszliwie nudne. Co gorsza, jakikolwiek czytelnik wydaje się tu zupełnie zbędny. Shuty uznał "Ruchy" za eksperyment komunikacyjny. Owszem, tyle że całkowicie nieudany. Bo ta książka się w ogóle z czytelnikiem nie komunikuje. Oczywiście, bywają wielkie projekty literackie, które są przede wszystkim rozmową z językiem i tradycją, a nie z czytelnikiem. Przy czym prozy Sławomira Shutego, rozrywkowej z ducha, raczej nie porównywałabym z nimi. To najbardziej monadyczna, samowystarczalna i galaretowato zamknięta opowieść, jaką ostatnio czytałam. Na przyszłość wolałabym więcej literatury, a mniej galarety.