Obydwa wydawnictwa są przede wszystkim świetną okazją do przypomnienia sobie dwóch najwybitniejszych głosów brytyjskiej muzyki elektronicznej lat 90. Neurotyczna, zbolała, nieco onieśmielona ekspresja Beth Gibbons i mrocznie zmysłowy wokal Martiny Topley-Bird wyznaczały przed laty dwa bieguny nowoczesnego popu. W dużej mierze to właśnie one również zdecydowały o sukcesach Portishead i Tricky’ego, ale ich bristolskie pochodzenie zaważyło na tym, że tak niezwykłe indywidualności przez lata oceniano wyłącznie w kontekście jednego nurtu - bristol sound.

Reklama

To własnie tam w latach 90. powstały takie arcydzieła jak "Blue Lines" Massive Attack, "Dummy" Portishead i "Maxinquaye" Tricky’ego. Mimo związków towarzyskich między muzykami biały hip-hop blues Portishead czy oparte na dubowej wibracji narkotyczne wizje Tricky’ego łączyło jednak niewiele. Poza tym, że znakomite i smutne piosenki znalazły oryginalną, nowoczesną brzmieniowo formę. Portishead stali się jednak silnym popkulturowym mitem, a Tricky w powszechnej świadomości zagościł tylko na chwilę. Jego traumy i paranoiczne wizje ubrane w rootsowe rytmy i psychodeliczne kolaże sampli były dla szerszej publiki nazbyt egzotyczne.

W kolejnych latach spośród tej wielkiej trójki, zwłaszcza Portishead doczekało się setek naśladowców. Wielu wydawało się, że "udręczony" kobiecy wokal, programowane beaty i worek marihuany to gwarancja artystycznej nieśmiertelności. Zapomnieli jednak o tym, że o sukcesie Anglików zadecydowała postawa na przekór modom, niechęć do kompromisów, poszukiwanie własnego głosu. Twórcy "Dummy" do tworzenia potrzebowali spokoju, intymności. Źle się czuli pośrodku medialnej wrzawy, którą wywołali. To dlatego na nowy studyjny krążek Portishead czekaliśmy ponad dekadę. Zaś Barrow i Gibbons po raz kolejny zagrali na nosie tym, którzy spodziewali się nostalgicznej wycieczki w przeszłość.

Album "Third" to dzieło na wskroś niekomercyjne, a Bristolczycy zamiast schlebiać popowym gustom rozbijają piosenkowe struktury brzmieniami z awangardowej tradycji. Wokal Gibbons wciąż brzmi przejmująco, jednak zamiast prowadzić melodyczny temat, niejednokrotnie staje się on po prostu równoważnym elementem w hałaśliwej orkiestrze dronów, mocnych beatów i gitarowych dystorsji. W singlowym „Machine Gun” Portishead zaskakują kanonadą rytmów electro, w „Small” ogłuszają jazgotliwymi psychodelicznymi pasażami. „The Rip” rozpoczyna się jak piękna folkowa piosenka, ale kończy się electrotransem, jakby Neu jamowali z Ellen Alien. Krautrockowych wątków jest tu zresztą znacznie więcej - choćby w "Silence", gdzie perkusja niemal imituje patenty Jakiego Liebezeita (Can). Chwilę wytchnienia przynosi jedynie króciutka balladka „Deep Water”, jakby wyjęta z archiwalnych folkowych kolekcji Harry’ego Smitha. Gibbons i Barrow wystawiają swoich dawnych fanów na ciężką próbę i doprawdy trudno się spodziewać, by ta niełatwa, niepokojąca muzyka na dłużej zagościła na listach przebojów. Zdaje się, że sam sentyment nie wystarczy.

Mimo większego potencjału komercyjnego nieco mniejsze szanse na powtórzenie sukcesu sprzed lat ma nieco zapomniana Topley-Bird. Podopieczna Tricky’ego tym razem ucieka od toksycznych klimatów wspólnych nagrań, ponieważ znalazła równie ciekawego artystycznego partnera DangerMouse (Gnarls Barkley, Gorillaz). To dzięki niemu na "The Blue God" mocno wybrzmiewają echa soulowej tradycji. Urocze "Baby Blue" mogłoby się nawet znaleźć na płycie Duffy, choć nagrania z "The Blue God" brzmią bardziej nowocześnie i mniej pastiszowo niż przeboje gwiazd retrosoulowego revivalu. Ciemnoskóra Brytyjka nie ogranicza się tylko do jednej formuły - "Snowman" to zaśpiewany ze zmysłową nonszalancją i pięknie zaaranżowany pop noir, zaś „Da Da Da” budzi skojarzenia z chansons Serge’a Gainsbourga. Jedynie nieco upiorny walczyk "Valentine" przypomina, że to ten sam głos, który kilkanaście lat temu wyśpiewywał mroczne erotyki z "Maxinquaye". I choć można żałować, że nowe piosenki Topley-Bird nie budzą już takich emocji jak dawniej, a Portishead bardziej fascynuje hałas niż harmonia, trudno się dziwić, że artyści z Bristolu nie chcą być niewolnikami własnej przeszłości.

Tym bardziej że młodsze pokolenia mają już innych bohaterów. Miłośników nowocześnie podanej, nieco introwertycznej liryki zaspokajają Thom Yorke czy siostry z CocoRosie. Fani rootsowych miejskich klimatów odlatują zaś przy dźwiękach dub stepu. Trip-hop nie żyje. Jednak dawne bristolskie gwiazdy mają się całkiem dobrze i na pewno nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.