Pokaz animacji Miyazakiego wpuścił trochę świeżego powietrza do konkursu zdominowanego przez przekombinowane, szeleszczące papierem opowieści o nieszczęśliwych i zdesperowanych ludziach, których losy mogły zrodzić się tylko w głowach pretensjonalnych scenarzystów. Jak zawsze japoński mistrz rysunku, który w 2005 roku odebrał tu Złotego Lwa za całokształt twórczości, zachwyca wizualnie: prostą, ale niepodrabialną kreską i graficznymi pomysłami nadającymi przyrodzie cechy antropomorficzne. Ale w przypadku "Ponyo…" zasadniczą rolę odgrywa też opowiadana historia, której pomysł zrodził się, jak mówi sam reżyser, z lektury "Małej syrenki" Hansa Chistiana Andersena. Miyazaki przeniósł losy miłości morskiej piękności do zwykłego chłopca w realia współczesnej Japonii.

Reklama

Główną bohaterką uczynił złotą rybkę o ludzkiej twarzy imieniem Ponyo, która wyrwawszy się spod zaborczych skrzydeł ojca, na brzegu morza spotyka 5-letniego chłopca Sosuke i natychmiast postanawia zostać z nim na zawsze. Chłopiec, który odwzajemnia uczucie rybki, nie tylko zabiera ją do domu, ale obiecuje jej, że będzie jej strzegł do końca życia. Piękne love story chce jednak przerwać ojciec Ponyo, który rozczarowany człowieczeństwem porzucił życie na lądzie i przeniósł się w morskie głębiny. Tam jest strażnikiem potężnego eliksiru, którego uwolnienie wywoła gniew morza. Obdarzona magicznymi mocami Ponyo postanawia zostać dziewczynką. Uciekając po raz kolejny od ojca, otwiera niechcący zbiornik z eliksirem. Spełnia tym samym stary japoński przesąd, że wyniesienie na ląd złotej rybki z ludzką twarzą sprowadza tsunami.

Sam Miyazaki streszcza temat swojego nowego filmu w kilku prostych zdaniach: "Dziewczynka i chłopiec, miłość i odpowiedzialność, ocean i życie jako takie – te rzeczy, i to co najbardziej podstawowe dla nich, są uchwycone w najprostszy sposób w moim filmie. To moja odpowiedź na niepokoje i niepewność naszych czasów." Film o sile żywiołów i jeszcze bardziej fascynującej sile uczucia ma jeszcze jedną wielką zaletę: jest równocześnie czarujący dla dorosłych i zachwycający dla dzieci. W tej chwili animacja Miyazakiego jest najsilniejszym kandydatem do Złotego Lwa.

O miłości, tyle że zdecydowanie bardziej skomplikowanej, toksycznej i samolubnej, opowiada też drugi japoński mistrz Takeshi Kitano. Jego "Achilles and Tortoise", nawiązując do starożytnej opowieści o wyścigu Achillesa z żółwiem zakończonym porażką tego pierwszego, pokazuje bezkompromisowy, ale skazany na porażkę pościg za marzeniami malarza Machisu ("nazwałem bohatera na cześć malarza Matisse’a, chciałem, by był to Picasso, ale to trudno wymówić Japończykom" - mówił Kitano na konferencji prasowej).

Machisu poznajemy jako małego chłopca, syna bogatego przedsiębiorcy i mecenasa sztuki marzącego o wielkiej karierze malarza. Nie ma na świecie rzeczy, która jest w stanie powstrzymać przed realizacją tego marzenia. Najciekawszy fragment filmu opowiada o Machisu w średnim wieku (gra go sam Takeshi Kitano). Ma rodzinę, wstydzącą się za niego córkę i żonę zupełnie oddaną jego sztuce, gotową sprejować z nim mury po nocy i dać się pobić wielkiemu bokserowi, który przed każdym ciosem moczy rękawice w innej farbie. Sukces wciąż jest jednak daleko, nie sprzedał ani jednego obrazu, nie miał żadnej wystawy. Zachęcany przez marszanda posuwa się do coraz śmielszych eksperymentów na sobie i swojej rodzinie, by znaleźć własny język twórczej ekspresji.

"Te momenty, gdy Machisu pokazuje kolejne prace dilerowi sztuki, to najwznioślejsze momenty jego życia" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Kitano. "Ja sam jako młody komik występujący w telewizji lubiłem robić szalone rzeczy, dociskać pedał do dechy, sprawdzać, ile wytrzyma publiczność, na co mogę sobie pozwolić. Dlatego połowę tego, co jest w filmie można traktować jako moją autobiografię. Choć nigdy nie miałem tak oddanej żony jak mój bohater" - dodaje. Cierpienia twórcze Machisu Kitano bierze w ironiczny nawias (wszystkie obrazy bohatera filmu namalował on sam), wypełnia fabułę swoim słynnym czarnym humorem, który balansuje na granicy dobrego smaku, ale niezmiennie bawi. Wenecka publiczność zdecydowanie lepiej przyjęła cierpienia twórcze z odrobiną dystansu do siebie, niż nabzdyczone przypowiastki o rozczarowaniach, których autorzy traktują siebie i swoje dzieła trochę za serio jak na to, co mają do powiedzenia.