Zawsze pociągały mnie rzeczy niebanalne, nieszablonowe, niosące z sobą posmak ryzyka. Firmę ProSkene założyliśmy z Eugeniuszem Korinem, by produkować przedstawienia teatralne w takim modelu funkcjonowania teatru, jaki proponuję, za wszystkie błędy płacę sam. Jeśli one następują, jestem w ciężkiej sytuacji. Wydaje mi się, że takie podejście jest po prostu uczciwsze. Dla mnie istotą teatru jest zadowolony widz. I teatr musi być komercyjny, bo jeśli nie jest komercyjny, to przeczy swojej istocie. Nie po to dwa tysiące lat temu Grecy wykuli w granicie teatry, żeby przychodziło do nich po piętnaście osób. Dlatego uważam, że w sukces artystyczny przedstawienia powinien być również wpisany sukces komercyjny. Sprzeciwiam się usprawiedliwianiu braku talentu reżyserów głębią ich sztuki. Znalazłem miejsce dla naszego teatru i ten projekt realizujemy. Zawracam głowę moim kolegom wyłącznie wtedy, gdy mam im do zaproponowania świetną rolę do zagrania.
Nie, broń Boże. Byłem w prawie każdym zespole warszawskim z wyjątkiem Teatru Współczesnego, który uważam zresztą za najlepiej zarządzany w stolicy. Dlatego to, co mówię, nie jest wyssane
z palca, tylko z moich doświadczeń. Uważam, że sztuka powinna być dotowana przez państwo. W Warszawie powinny być dwie, trzy sceny dotowane od początku do końca, gdzie dostać się byłoby
prawdziwą nobilitacją dla aktora. Słowem, ja się po prostu domagam, żeby w części scen warszawskich dopuszczono do partnerstwa publiczno-prywatnego.
Zarówno mnie, jak i Eugeniuszowi Korinowi, na końcu zależy na pieniądzach. Co to znaczy? Powołując tę własną firmę i starając się uniezależnić, kierowaliśmy się chęcią wdrożenia
konkretnego sposobu pracy w teatrze. Aktorzy pracują nad sztuką osiem tygodni, a nie osiem miesięcy, są przygotowani na pierwszą próbę pamięciowo, mają zagwarantowaną ilość przedstawień
w ciągu roku itd. A to, że ktoś jest gwiazdą, to nie jest jego wina, tylko zasługa. Joanna Liszowska, kiedy została przez nas obsadzona we "Fredrze dla dorosłych", była mi
dobrze znana jako bardzo zdolna studentka z dyplomu Pawła Miśkiewicza "Rajski ogródek". Zanim daliśmy jej rolę, nie znaliśmy do tego stopnia sex appealu Liszowskiej. I
przypisuję sobie z Korinem tę zasługę, że wykorzystaliśmy drzemiący w niej potencjał, a wcześniej nikt go nie dostrzegł. Nie mówię już o Jolancie Fraszyńskiej, która jest znakomitą
aktorką Jerzego Jarockiego, Krystiana Lupy i my też mamy prawo korzystać z jej talentu. Nie mówię również o Wojciechu Mecwaldowskim, który już staje się gwiazdą.
Jeżeli zrealizujemy nasz plan posiadania własnego teatru, w ciągu trzech lat zaplanowaliśmy w nim sześć premier. Połowa z nich to są przedstawienia mające na siebie zarabiać, a druga
połowa to wielkie kolubryny, do których eksploatacji trzeba dołożyć, i to setki tysięcy złotych. Mówię tu o najlepszych tekstach dramaturgicznych, o najlepszych aktorach, a oni muszą
kosztować. Będziemy więc musieli pozyskiwać mecenasów. Coraz więcej jest firm z mądrymi menedżerami, którzy czasem lepiej się znają na kulturze niż niejeden dyrektor teatru. Ten teatr to
cel strategiczny całego mojego dotychczasowego życia.
Teatr to nie jest budynek. Teatr to są ludzie. Jestem spokojny, bo mam swoje miejsce. Wiem, w czym chcę występować, w jakiego rodzaju literaturze, jaka rola jest kolejnym dla mnie wyzwaniem, co
mnie połamie, co nie. Mogę po prostu wybierać.
Co jest uczciwsze: grać w tym, co człowiek uważa dla siebie za trudne i rozwijające, czy chodzić na plan telenoweli jak do fabryki? Aktorzy, którzy w nich grają, cieszą się, bo mają
zapewniony byt. Ja też mam zapewniony byt, ale dlatego że występuję w teatrze.
Chodzi o to, żeby aktorstwo zachowało rangę. Zawsze chciałem grać w teatrze takim, jaki sam chciałem oglądać. I to jest cały mój etos.
No tak, tyle że musiałem cztery lata poczekać, aż Kuczok znowu napisze nowy świetny scenariusz, a Magda zbierze pieniądze na film…
Miałem, ale ja w tych filmach nie umiałbym zagrać. Nie można być od wszystkiego. Nie nadaję się do występowania, nadaję się do grania. Mogę grać kiepsko, ale muszę wiedzieć, że coś
mam do zagrania.
Uważam, że gdy aktor polski ma przed sobą scenariusz, który ma sens, już jest w wyjątkowej sytuacji. Typowy dla polskiej gwiazdy filmowej jest wybór mniejszego zła. Jak coś nie jest
kompletnie beznadziejne, to trzeba w tym zagrać, bo od czasu do czasu gdzieś zagrać trzeba.
Tak, ale jestem bardzo zadowolony z tej sytuacji. Bo jest wielotysięczna rzesza teatromanów, którzy chcą oglądać dobry teatr. I to jest znakomity rynek dla nas do wykorzystania. Z filmem tak
samo. A co do roku "Rok 1612": dostałem propozycję z olbrzymiej kinematografii, w dużej produkcji firmowanej przez Nikitę Michałkowa, co było szansą sprawdzenia się na obcym
podwórku. Poza tym wiedziałem, że film będzie kontrowersyjny, a dla mnie wszystko co kontrowersyjne ma potencjał.
Bez przesady. Ostatnio często grywam czarne charaktery. W "Janosiku" u Agnieszki Holland gram zdrajcę, w "Senności" Magdy Piekorz też wcielam się we wrednego
typa. Przyszła chyba pora, żeby dać publiczności inny swój kolor. Gdy grałem Skrzetuskiego, miałem 27 lat, a teraz mam 36. To dla aktora kolosalna przepaść.
Ludzie związani z Podhalem nigdzie nie uciekają.
Bo na tym polega mój zawód, tylko żeby jeszcze scenariusze były lepsze. Ktoś kiedyś powiedział, że Żebrowski to jest specjalista od dobrych ról w słabych filmach.
Nie rozmawiacie z Jackiem Nicholsonem, tylko z Żebrowskim, ochłońcie trochę.
Jak Magda powie mi, że jest dobrze, to ja wiem, że naprawdę jest dobrze. W takim zespole naprawdę przyjemnie pracować. Bo oni cię rozjadą walcem, ale musisz im dać to, co umiesz
najlepiej.
Lubię wchodzić pod mądry walec, ale o tym czy walec jest mądry, to ja sam decyduję.
Moje życie zawodowe jest kompletnie inne od moich wyobrażeń. Byłem przekonany, kończąc szkołę aktorską, że nie będę grał w filmach. Brzydziłem się filmem, uważałem, że to zajęcie
dla "tak zwanych aktorów". Byłem przekonany, że pójdę do warszawskiego Teatru Powszechnego, będę tam siedział dzień i noc zarzucany rolami i stanę się aktorem jezuitą,
na którego czekał polski teatr. Rzeczywistość się okazała inna, nie wiem czy przeze mnie, czy przez teatr. Prawdopodobnie przeze mnie. No i się zaczęła nowa przygoda. Mam nadzieję, że się
skończy godnie.
Zapasiewicz wie, że go wielbię, przypuszczam, że on też mnie lubi, ale mimo całej tej sympatii nie jest w stanie przeżyć za mnie życia.
Ależ skąd! Mówię tylko o scenariuszach, a oceniać mogę wyłącznie to, w czym gram. I uważam, że np. "Senność" jest mądrą i atrakcyjną propozycją filmową. To jest
film bezlitosny. Cieszę się, że w Gdyni zdobył nagrodę publiczności.
Na tym, że nie da się powiedzieć, że jest inaczej, niż ten film pokazuje.
Tak, dzieło warte uwagi powinno być na swój sposób bezlitosne.