Dziennik Gazeta Prawana logo

Mimo wszystko normalniejemy

29 grudnia 2008, 13:46
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
To był dziwny rok dla polskiego kina. Z jednej strony fantastycznie poradziło sobie za granicą. Z drugiej, awantura po Gdyni czy o "Tajemnicę Westerplatte" pokazały najgorszą twarz rodzimego zaścianka.



Po wielu latach posuchy normalizuje się nasz rynek DVD. Dobrą passę zapoczątkowało wydanie dziesięciu dzieł Ingmara Bergmana na płytach. W tym roku pojawił się (wreszcie!) m.in. boks Luisa Bunuela, 10-płytowa edycja dzieł Federico Felliniego, ogromna, zawierająca aż 20 filmów kolekcja Woody’ego Allena i przede wszystkim systematycznie pojawiające się na DVD klasyczne rodzime arcydzieła, od Szkoły Polskiej poczynając, po zbiory filmów Skolimowskiego i Holland. Można powiedzieć, że zrobiliśmy pierwszy krok do cywilizowanego świata.

„Katyń” znalazł się w finale wyścigu do Oscara – była to ósma nominacja dla polskiego filmu w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny i czwarta nominacja samego Wajdy. Mimo że z „Katyniem” ostatecznie wygrali austriaccy „Fałszerze” (film też dziejący się podczas II wojny światowej i też oparty na prawdziwej historii), trudno o lepszą promocję filmu za granicą. „Katyń” zakończył rok z licznymi polskimi wyróżnieniami i Europejską Nagrodą Filmową za kostiumy dla Magdaleny Biedrzyckiej.

Udało się w tym roku zrobić w Polsce kilka filmów, które nie tylko miały europejski sznyt, ale też zostały w Europie zauważone. Wybitne „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej z nagrodą w Locarno, znakomite „Cztery noce z Anną” Jerzego Skolimowskiego, które otworzyło prestiżową sekcję Directors’ Fortnight w Cannes i nagrodzone na Camerimage „Boisko bezdomnych” Kasi Adamik pokazują, że z polskim kinem wcale nie jest tak źle.

2008 to chyba jeden z najsłabszych sezonów w światowym kinie. Trzy czołowe europejskie festiwale pozostawiły spory niedosyt. Na tym tle polskie imprezy filmowe pokazujące międzynarodowe produkcje – w szczególności Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu i Warszawski Festiwal Filmowy zaprezentowały się bardzo dobrze. Zgromadziły ogromną publiczność, miały bardzo ciekawe selekcje, wyłuskały ze światowego kina to, co najlepsze. Duże brawa dla organizatorów.

Ukazała się na naszym rynku książka, wobec której nikt nie pozostał obojętny. W wywiadzie rzece udzielonemu Piotrowi Mareckiemu i Piotrowi Kletowskiemu Andrzej Żuławski jest do bólu szczery, błyskotliwy i niepokorny. To pierwsza tego typu rozmowa z reżyserem filmowym w Polsce – chropawa, płynąca rytmem mówionej, nie pisanej rozmowy i bardzo odważna. Świetna książka – oby nie pozostała wyjątkowo jedyną. ---



To, że werdykt jury na festiwalu w Gdyni budzi spory i negatywne emocje, nie dziwi. Nieraz mówiono, że nagrody ominęły filmy, zdaniem większości, najlepsze. Natomiast nigdy nie doszło do tak szokującego zachowania jurorów jak po ogłoszeniu „Małej Moskwy” najlepszym filmem. Z każdym dniem przybywało członków jury, którzy odcinali się od własnej decyzji. Ostatecznie zabrzmiało to tak, jakby większość (bo na szczęście nie wszyscy) sędziów Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w przypływie chwilowej niepoczytalności wyróżniło melodramat Waldemara Krzystka.

„Nieruchomy poruszyciel” pozostałby kuriozum, jakich w produkcji filmowej (nie tylko polskiej) nie brakuje. Pewnie szybko byśmy o nim zapomnieli, gdyby nie postawa reżysera filmu. Barczyk zrobił wokół swojego filmu wiele szumu. Demonstracyjnie nie zgłosił go do Gdyni, występował w dyskusjach o kondycji kina polskiego, stawiając się w pozycji mędrca. Wystarczyło mu odwagi, aby odciąć się od „polskiego piekiełka”, ale nie na tyle, aby nie brać pieniędzy na film od państwowej instytucji. Pomylenie roli autorytetu z rolą krzykacza jest niewybaczalne.

Trudniej przełknąć zły film, jeśli występują w nim wybitni aktorzy. Najtrudniej, gdy nawet ich występ jest tak zły, że widz wstydzi się, patrząc na niego. W połowie roku na nasze ekrany trafił serial „Skorumpowani” naprędce, bez ładu i składu, w celach czysto zarobkowych przemontowany na kinowy film. W roli gangstera pojawił się tam legendarny aktor Teatru Starego w Krakowie Jerzy Trela, a w roli ojca porwanej dziewczyny dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Jan Englert. W jednej z finałowych scen w rzekomym ferworze walki padają i tarzają się po podłodze... Nie wszystkim chałturzenie przystoi. Im nie.

„Tajemnica Westerplatte” Pawła Chochlewa miała opowiadać o konflikcie pomiędzy dowódcą Westerplatte, majorem Henrykiem Sucharskim, a jego zastępcą kapitanem Franciszkiem Dąbrowskim. Gdy w mediach pojawiły się szczegóły scenariusza takie jak scena, w której pijany żołnierz oddaje mocz na portret marszałka Rydza-Śmigłego czy nieogolony kapitan Dąbrowski wiecznie sięga po butelkę, Polski Instytut Sztuki Filmowej cofnął obiecane trzy i pół miliona dofinansowania. Wszystko dlatego, że twórcy filmu zwrócili się o patronat nad produkcją do kancelarii premiera, a ta poprosiła historyków o ekspertyzę scenariusza. I zaczęła się bitwa o tytuł największego znawcy historii obrony Westerplatte, a o tym, że istnieje coś takiego jak licencia poetica i film to działo artystyczne, nie podręcznik, jakoś wszyscy zapomnieli. I o tym, żeby nie mieszać polityki ze sztuką.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj