Virginia Woolf "Siedem szkiców"
Reklama
Wyd. Prószyński i S-ka
Ocena 3/6

Przez lata pisarz musi wydawać coraz lepsze dzieła – a krytycy i tak zwykle kręcą nosami. Kiedy jednak stanie się już „wielkim pisarzem”, jego gryzmoły w notatniku okazują się godne tomów z przypisami. „Siedem szkiców” Virginii Woolf to właśnie jedna z tego typu książek. Na 96 stron zaledwie 20 pochodzi od 27-letniej wówczas Virginii Woolf. Reszta to: Wstęp (mamy szczęście – pióra Doris Lessing), Wprowadzenie napisane przez Davida Bradshawa, Przypisy oraz Komentarz.

Dla czytelnika najbardziej nawet zainteresowanego literaturą brytyjską, ba, nawet dla tego, który ogromnie ceni „Panią Dalloway” i „Do latarni morskiej”, lecz nie jest wnikliwym badaczem twórczości Virginii Woolf, książka „Siedem szkiców” będzie stratą czasu. Tytułowe szkice to w rzeczywistości króciutkie wprawki i obserwacje: studium na temat domu Thomasa Carlyle’a, który Woolf zwiedza, zarys portretu psychologicznego znanej wówczas na salonach kochanki Wellsa – panny Reeves, opis domu państwa Darwinów w Cambridge oraz dwóch starych panien w Hampstead. Jest też kilka uwag o Ottoline Morrell, która prowadzi salon dla artystów, a także króciutki eseik „Żydzi”, w którym Woolf opisuje swoją wizytę u niejakiej pani Loeb. Te ostatnie kilkadziesiąt linijek staje się zresztą głównym przedmiotem zainteresowania autorów wstępów i posłowia, ich zdaniem świadczą bowiem jakoby o antysemityzmie Woolf. David Bradshaw obraca ten temat na wszystkie strony, strasznie zakłopotany – choć przecież sam w końcu tłumaczy przytomnie, że Virginia Stephen, jak się jeszcze wtedy nazywała, pochodziła ze środowiska wyższych sfer, w którym lekko antysemicka retoryka była typowa; kiedy zaś dojrzała, wyszła za mąż za Żyda, by potem napisać filosemicką powieść „Lata”. Sytuacja jest zabawna, bo czytelnik, zanim dotrze do wspomnianego tekściku Woolf, przeczyta już Wstęp i Wprowadzenie i spodziewa się Bóg wie jakich obrzydliwych agitacji antyżydowskich ze strony pisarki – a tu się rozchodzi o parę uwag na temat pani Loeb, u której, jak pisze Woolf, „Jedzenie, oczywiście, pływało w oleju i było wstrętne”.

Z podobną przesadą brzmią rozważania Bradshawa o straszliwej jakoby zjadliwości uwag Woolf oraz o jej staropanieńskim zgorzknieniu. Rok 1909, kiedy powstały te szkice, był rokiem, w którym Virginia Stephen, jak się jeszcze nazywała, odrzuciła oświadczyny przyjaciela i ciągle nie mogła się zebrać z napisaniem pierwszej powieści. Dla osób znających doskonale twórczość i życie Woolf, nawet uwaga o smaku zupy może być znakiem jej ówczesnego nastroju i aluzją do etapu życia, w którym się znajduje. Ale dla postronnego czytelnika z tych krótkich esejów nie wynika nic szczególnego. Przeciwnie, można odnieść wrażenie, że to poprawne, raczej niezbyt zjadliwe, dobrze napisane, lecz niczym właściwie się niewyróżniające tekściki dość bystrej i odrobinę neurotycznej obserwatorki. Nawet z potencjalnie pasjonującej sprawy rozwodowej między pastorem Whittingstall i jego żoną uwiedzioną przez kobietę, młoda Woolf jeszcze nic ciekawego nie umiała zrobić (szkic „Sądy rozwodowe”). Choć dla tych z czytelników, którzy są także początkującymi pisarzami, te szkice to dobra wiadomość: można w młodości pisać tradycyjnie i mieć salonowe poglądy, lecz potem dojrzeć i zacząć tworzyć wielką, dziwną, eksperymentalną literaturę.

Jednak chyba najbardziej interesujące są tu niektóre uwagi Doris Lessing. Noblistka opowiada, że świat Woolf, ten świat kobiecych przyjaźni, racji i neuroz dał siłę i punkt zaczepienia wielu późniejszym piszącym Brytyjkom – między innymi jej samej. Można westchnąć i pożałować, że w Polsce nie ma takiej literackiej wspólnoty kobiet.