Jeżeli ktokolwiek po przeczytaniu tak grubej książki, jaką jest "Inżynier", jeszcze twierdził, że jest krótka, jest to największa pochwała, jaką
może pisarz usłyszeć o swojej powieści. Pierwszą dużą prozę, czyli "Tchórzy", napisałem w wieku 23 lat. "Inżyniera" pisałem, kiedy wkraczałem w
starość. Pochwały czytelników - wobec obu powieści - dały mi poczucie, że pomimo tego, że obie powieści dzieli kilkadziesiąt lat, to nie straciłem umiejętności uchwycenia intensywności
przeżyć.
Pamiętam, jak wylatywałem z Pragi, dzień po pogrzebie Jana Palacha (studenta, który się spalił w proteście przeciw wejściu wojsk Układu Warszawskiego - red.) i wiedziałem na ulicach
smutnych studentów. Tego samego dnia na Heathrow w Londynie obserwowałem roześmiane dziewczyny. To przeżycie mną wstrząsnęło. Celem powieści było pokazanie historii, która doprowadziła do
tak wielkich kontrastów, jakich można doświadczyć w ciągu godziny lotu z Pragi do Londynu. Tego banalnego, a zarazem bardzo realnego doświadczenia, że świat się zmienił i
zobojętniał.
Do wszystkich postaci w "Inżynierze" czerpałem wzorce z życia. Ale nie znaczy to, że stworzyłem ich wierne portrety. Pewne osoby tylko stanowiły dla mnie inspirację, a
książkowe postacie są o wiele bardziej złożone. Literatura piękna według Goethego to "Dichtung und Warheit", czyli zmyślenie i prawda. I przyznaję, że większość rzeczy,
które spotykają Danny’ego Smirickiego, właściwie przytrafiło się także i mnie. Ale "właściwie" oznacza, że co nieco wymyśliłem, coś poprawiłem, coś
dodałem, a coś ulepszyłem. Ale to jest stara metoda autorów literatury pięknej.
Jeśli chodzi o "Inżyniera", to nie spotkałem się z żadnymi negatywnymi reakcjami. Ale to prawdopodobnie dlatego, że większość głównych współbohaterów
Danny’ego jest już na tamtym świecie. Ale ponieważ często w mojej pracy czerpię inspirację z obserwacji ludzi, miałem wiele przygód z osobami, które posłużyły za wzorce moich
książkowych bohaterów. Takim przypadkiem była historia z panem Moutelkiem z Nachoda, ojcem mojego szkolnego kolegi Berty Moutelika, który pojawia się w wielu moich powieściach. Moutelik potem
wszędzie ironicznie opowiadał, że mi pewnego razu postawi pomnik w postaci wielkiego penisa. Kiedyś zresztą jeden mój czytelnik z Niemiec przysłał mi nawet fotografię rzeźby
przypominającej gigantycznego penisa. Z dopiskiem: "Proroctwo Pana Moutelika zrealizowane we Frankfurcie".
Rzeczywiście role inżynierów dusz przypisał pisarzom Stalin, więc tytuł jest ironiczny. Inżynier musi swój projekt bardzo dokładnie zaplanować, z dokładnością co do milimetra. Powieść
o inżynierze ludzkich dusz imieniem Danny Smiricky kończy się listem kolegi Dannyho, nic nierozumiejącego Lojzy. Podobnie jak jedna z wcześniejszych powieści z Dannym kończyła się
spojrzeniem Danny’ego "na gwiazdy - te zawstydzające symbole naszej marności".
Pierwszą powieścią, która miała się ukazać, był "Konec nylonoveho veku". Ale została zakazana z powodu braku moralności i tzw. ideowej niejasności. Kiedy wezwano mnie na
dywanik do wydawnictwa, zapytałem cenzorki, na czym polega brak moralności. Przekartkowała rękopis, wskazując fragmenty książki i mówiąc, że nie może tego przeczytać na głos. Pomoc
zaoferował kolega. Zaczął powoli czytać scenę, w której Irenka leży na kanapie i pali papierosa, a jej sukienka pięknie połyskuje na piersiach. Kolega kontynuował czytanie, ale po chwili
spytał: "Bożeno, co tu jest niemoralnego?". Wtedy dowiedziałem się, że słowo "piersi" jest w literaturze socrealizmu ideowo niejasne. Zaproponowałem
towarzyszce, że mogę to słowo zastąpić jakimś bardziej ludowym wyrazem, ale mi nie pozwoliła.
Przypomnijmy, że oprócz książki Szkvorecky’ego o nagrodę rywalizuje sześć tytułów:
"Gulasz z turula" Krzysztofa Vargi
"Sąsiedzi i ci inni" Oty Filipa
"Ruta Tannenbaum" Miljenko Jergovicia
"Powrót do domu" Bernharda Schlinka
"Bambino" Ingi Iwasiów
"Adam Kłakocki i jego cienie" Ihara Babkou
Nagroda Angelusa organizowana przez miasto Wrocław i "Dziennik Gazetę Prawną" przyznawana jest za przetłumaczoną na polski prozę żyjącym pisarzom z Europy Środkowej.