Chyba tak jest, bo często bywam o to pytany. Mam wrażenie, że w przypadku kobiet jestem dużo bardziej swobodny. O wiele łatwiej mi je opisywać. Chyba rozumiem, co miał na
myśli Flaubert, mówiąc: „Pani Bovary to ja”. Dla mnie pisanie jest trochę przebieraniem się, to o wiele ciekawsze niż ciągłe noszenie męskiego kostiumu. Pisarze mają
trochę z dzieci, które podczas zabaw przebierają się w ubrania dorosłych. To zresztą dość subtelna sprawa, bo ma też wymiar moralny.
Tak, ponieważ patrzenie na świat oczami innej osoby nadaje światu trójwymiarowość. Wczuwanie się w czyjąś rolę jest chyba najlepszym środkiem przeciwko fundamentalizmowi.
Przyglądanie się światu z perspektywy członków całej rodziny było dla mnie bardzo ciekawe. Wydawało się, że to jest oglądanie rzeczywistości z bardzo stabilnej podstawy. Ale wracając do
kobiet, XX wiek ewidentnie należał do nich, również w Austrii. Wszystko to, co w ubiegłym stuleciu zrobili mężczyźni, okazało się porażką. Kobiety na pewno na tym zyskały. I na pewno
większą sympatią w XX wieku darzę kobiety niż mężczyzn.
Mam dla mężczyzn zrozumienie, ale tak się składa, że kobiety w powieści lepiej kończą. Spotyka je lepszy los. Wydaje mi się, że oddałem jakąś sprawiedliwość mężczyznom, ale do nich
trudniej odczuwać sympatię. Jest to związane z ich utratą władzy, a przez to potrzebą nowej tożsamości.
Jeśli mu się dobrze przyjrzeć, wychodzi na to, że urodził się mniej więcej w 1930 roku. Wychował się w okresie późnego międzywojnia, a ówczesny styl wychowawczy raczej nie pozwalał
chłopcom na okazywanie emocji i uczuć. To jest piętno, z którym musiał żyć, tak jak cała jego generacja. Do tego dochodzi jeszcze doświadczenie utraty, przegranej, czegoś, co nie pozwala
później w życiu ryzykować, podejmować nowych wyzwań. Ale widać też, że on należy do przejściowego pokolenia, że ma jakiś potencjał, którego nie może zrealizować w małżeństwie. Nie
jest słaby, ale raczej zawstydzony, wycofany.
Rzeczywiście, Philipp nie ma ochoty zajmować się historią swojej rodziny. W jego przypadku jest to uwarunkowane emocjonalnie – nie chce się tym zajmować, ale nazizm oczywiście
pojawia się w powieści, jest jednym z jej tematów. Jednak tym, co obciąża Philippa najbardziej, są przede wszystkim problemy, które miał w dzieciństwie, owe rany, których kiedyś doznał.
One są dla niego dużo ważniejsze niż rozliczenie z historią. W jednej z wypowiedzi Philippa pojawia się pytanie: dlaczego ja mam interesować się nimi, skoro oni nie interesowali się mną? To
zdanie okazuje się kluczowe.
To właściwie książka o potwornościach II wojny światowej. O tym, jak daleko macki tej wojny sięgają. O Austrii jest to powieść o tyle, że traktuje o zapomnieniu, a zapomnienie było w XX
wieku austriacką specjalnością. To, co działo się po II wojnie światowej, było podporządkowane strategii zapomnienia. Z reguły historie rodzinne są historiami wspomnieniowymi, a tutaj bywa
raczej odwrotnie.
To trochę głębsza kwestia, dotycząca XX wieku i problemów z tożsamością. Dziadek Philippa miał jeszcze ojczyznę, Kościół i rolę społeczną, którą mógł odegrać. Później to
wszystko się skomplikowało. Philipp siedzi na progu - ani na zewnątrz, ani w środku. Ma problemy z tożsamością w tym sensie, że musi podjąć decyzję, gdzie przynależy. Myślę, że to nie
ma specjalnego związku z dobrobytem. Chodzi raczej o kwestię wielu modeli tożsamościowych, między którymi można wybierać. Wybierać albo pozostać pomiędzy i być bezczynnym.
Owszem. Z tym, że ów pierwszy okres radykalnego rozliczania się z historią w literaturze już się kończy. W tej chwili zaczęła się faza pisania o przeszłości bez gniewu. Moja książka
jest już na tym kolejnym etapie, polegającym na opowiadaniu o historii bez kalania własnego gniazda, bez złości. Podobne podejście ma Martin Pollack, który na swoich bohaterów patrzy z
perspektywy historycznej.
Skojarzenie z Martinem Pollackiem jest jak najbardziej uzasadnione. Podobnie jak ja on też patrzy na historię w sposób bardziej zdystansowany. Nie traktowałbym jednak tej książki jako ściśle
austriackiej. Powieść „U nas wszystko dobrze” dotyczy też bardziej uniwersalnych zagadnień egzystencjalnych. Bądź co bądź brak komunikacji w rodzinie jest dość
powszechnym problemem. Inaczej nikomu nie chciałoby się tłumaczyć mojej książki na język chiński.