Dziennik Gazeta Prawana logo

Czy XX wiek był porażką mężczyzn?

4 grudnia 2009, 14:22
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
"Agresywne rozliczenia z historią mamy już za sobą" - twierdzi austriacki pisarz Arno Geiger, autor powieści "U nas wszystko dobrze". "Teraz przyszedł czas na odrobinę dystansu" - dodaje w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną".


Chyba tak jest, bo często bywam o to pytany. Mam wrażenie, że w przypadku kobiet jestem dużo bardziej swobodny. O wiele łatwiej mi je opisywać. Chyba rozumiem, co miał na myśli Flaubert, mówiąc: „Pani Bovary to ja”. Dla mnie pisanie jest trochę przebieraniem się, to o wiele ciekawsze niż ciągłe noszenie męskiego kostiumu. Pisarze mają trochę z dzieci, które podczas zabaw przebierają się w ubrania dorosłych. To zresztą dość subtelna sprawa, bo ma też wymiar moralny.


Tak, ponieważ patrzenie na świat oczami innej osoby nadaje światu trójwymiarowość. Wczuwanie się w czyjąś rolę jest chyba najlepszym środkiem przeciwko fundamentalizmowi.


Przyglądanie się światu z perspektywy członków całej rodziny było dla mnie bardzo ciekawe. Wydawało się, że to jest oglądanie rzeczywistości z bardzo stabilnej podstawy. Ale wracając do kobiet, XX wiek ewidentnie należał do nich, również w Austrii. Wszystko to, co w ubiegłym stuleciu zrobili mężczyźni, okazało się porażką. Kobiety na pewno na tym zyskały. I na pewno większą sympatią w XX wieku darzę kobiety niż mężczyzn.


Mam dla mężczyzn zrozumienie, ale tak się składa, że kobiety w powieści lepiej kończą. Spotyka je lepszy los. Wydaje mi się, że oddałem jakąś sprawiedliwość mężczyznom, ale do nich trudniej odczuwać sympatię. Jest to związane z ich utratą władzy, a przez to potrzebą nowej tożsamości.


Jeśli mu się dobrze przyjrzeć, wychodzi na to, że urodził się mniej więcej w 1930 roku. Wychował się w okresie późnego międzywojnia, a ówczesny styl wychowawczy raczej nie pozwalał chłopcom na okazywanie emocji i uczuć. To jest piętno, z którym musiał żyć, tak jak cała jego generacja. Do tego dochodzi jeszcze doświadczenie utraty, przegranej, czegoś, co nie pozwala później w życiu ryzykować, podejmować nowych wyzwań. Ale widać też, że on należy do przejściowego pokolenia, że ma jakiś potencjał, którego nie może zrealizować w małżeństwie. Nie jest słaby, ale raczej zawstydzony, wycofany.


Rzeczywiście, Philipp nie ma ochoty zajmować się historią swojej rodziny. W jego przypadku jest to uwarunkowane emocjonalnie – nie chce się tym zajmować, ale nazizm oczywiście pojawia się w powieści, jest jednym z jej tematów. Jednak tym, co obciąża Philippa najbardziej, są przede wszystkim problemy, które miał w dzieciństwie, owe rany, których kiedyś doznał. One są dla niego dużo ważniejsze niż rozliczenie z historią. W jednej z wypowiedzi Philippa pojawia się pytanie: dlaczego ja mam interesować się nimi, skoro oni nie interesowali się mną? To zdanie okazuje się kluczowe.


To właściwie książka o potwornościach II wojny światowej. O tym, jak daleko macki tej wojny sięgają. O Austrii jest to powieść o tyle, że traktuje o zapomnieniu, a zapomnienie było w XX wieku austriacką specjalnością. To, co działo się po II wojnie światowej, było podporządkowane strategii zapomnienia. Z reguły historie rodzinne są historiami wspomnieniowymi, a tutaj bywa raczej odwrotnie.


To trochę głębsza kwestia, dotycząca XX wieku i problemów z tożsamością. Dziadek Philippa miał jeszcze ojczyznę, Kościół i rolę społeczną, którą mógł odegrać. Później to wszystko się skomplikowało. Philipp siedzi na progu - ani na zewnątrz, ani w środku. Ma problemy z tożsamością w tym sensie, że musi podjąć decyzję, gdzie przynależy. Myślę, że to nie ma specjalnego związku z dobrobytem. Chodzi raczej o kwestię wielu modeli tożsamościowych, między którymi można wybierać. Wybierać albo pozostać pomiędzy i być bezczynnym.


Owszem. Z tym, że ów pierwszy okres radykalnego rozliczania się z historią w literaturze już się kończy. W tej chwili zaczęła się faza pisania o przeszłości bez gniewu. Moja książka jest już na tym kolejnym etapie, polegającym na opowiadaniu o historii bez kalania własnego gniazda, bez złości. Podobne podejście ma Martin Pollack, który na swoich bohaterów patrzy z perspektywy historycznej.


Skojarzenie z Martinem Pollackiem jest jak najbardziej uzasadnione. Podobnie jak ja on też patrzy na historię w sposób bardziej zdystansowany. Nie traktowałbym jednak tej książki jako ściśle austriackiej. Powieść „U nas wszystko dobrze” dotyczy też bardziej uniwersalnych zagadnień egzystencjalnych. Bądź co bądź brak komunikacji w rodzinie jest dość powszechnym problemem. Inaczej nikomu nie chciałoby się tłumaczyć mojej książki na język chiński.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj