Życiorys pisarki daleki jest od tego, jaki był udziałem dzieci z Bullerbyn czy Pippi Langstrump. Osiemnastoletnia Lindgren musi uciekać z rodzinnego Vimmerby, bo spodziewa się nieślubnego
dziecka. Trafia do Sztokholmu, gdzie zarabia grosze nudną stenotypią, marząc, by zapewnić byt synowi oddanemu tuż po urodzeniu. I jeśli mamy nadzieję na poznanie wielu drobnych wydarzeń,
które popchną ją ku pisarstwu, to się rozczarujemy.
Astrid nie zdradza cech wybitnego talentu, a rytm jej życia jest do znudzenia powtarzalny. Świat wewnętrzny zredukowany został do macierzyńskich westchnień, a emocje do zdrobnień i
wielokropków. Twórcy tej książki zachowują się, jakby nie wiedzieli, że z banalnego zdarzenia można uczynić rarytas, jeśli tylko wprowadzi się suspens. Oravsky, Larsen i autor anonimowy
przedstawiają ludzi, którzy próbują przełożyć zasady biblijne do ram codziennych zachowań. Z tej dosłowności i nieprzystawalności wynika paradoks - ci, którzy chcą być piewcami boskich
wartości, zatracają ludzkie.
Przedstawione piekiełko nie jest tu niczym więcej niż domkiem z piernika, w którym zamiast diabła może siedzieć Baba-Jaga. Autorzy nas tym ciastkiem zemdlili.