Dziennik Gazeta Prawana logo

Noblista Orhan Pamuk wraca ze świetną powieścią

30 kwietnia 2010, 13:46
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
MUZEUM NIEWINNOŚCI
Masumiyet müzesi
Orhan Pamuk
przeł. Anna Akbike Sulimowicz
Wydawnictwo Literackie 2010, 49 zł
MUZEUM NIEWINNOŚCI Masumiyet müzesi Orhan Pamuk przeł. Anna Akbike Sulimowicz Wydawnictwo Literackie 2010, 49 zł/Inne
Tej wiosny mamy urodzaj. Zaraz po „Dzikich detektywach” Roberta Bolano dostajemy kolejną wybitną powieść - „Muzeum niewinności” Orhana Pamuka, historię miłosnego buntu przeciw entropii.

Powiada się, że literacka Nagroda Nobla, choć jest bez wątpienia najbardziej prestiżowym wyróżnieniem dla każdego twórcy, stanowi też coś w rodzaju klątwy. Po Noblu – niesie gminna wieść – nie pisze się już tak łatwo. Albo nie pisze się już tak dobrze. Albo w ogóle przestaje się pisać. Po Noblu więcej czasu niż samo pisanie zajmują czynności administracyjne i prestiżowe, głównie ściskanie rozmaitych słynnych dłoni, pozowanie do zdjęć i uczestnictwo w opiniotwórczych gremiach produkujących taśmowo poważnie brzmiące oświadczenia.

Po Noblu się już nie chce. Po Noblu człowiek powinien po prostu położyć się do trumny i pozwolić, by go z patosem wspominano. A najlepiej i tak piszą ci, którzy mieli Nobla dostać, ale nie dostali – pewnie udaje im się to ze złości, że szwedzcy akademicy znowu wykazali się brakiem gustu i odwagi. Nie od dziś wiadomo, że niezaspokojona ambicja jest rodzajem (mniej lub bardziej) szlachetnego literackiego dopingu.

Tyle spekulacji. Obalić je można z łatwością, przywołując choćby postać tureckiego noblisty z 2006 roku Orhana Pamuka. Po lekturze jego nowej powieści „Muzeum niewinności”, napisanej już po otrzymaniu nagrody, stwierdzam, że każdemu życzyłbym takiego kryzysu twórczego. Ta 750-stronicowa książka, miejscami aż przytłaczająca swoim rozmachem i pedanterią, kronika nader osobliwego romansu, stanowi dowód, że po Noblu życie jednak istnieje. I to jakie!

Jesteśmy w Stambule, w połowie lat 70. Kemal, syn bogatego przemysłowca i członek lokalnej elity finansowej, ma rozpocząć czwartą dekadę swojej udanej egzystencji od zaręczyn z Sibel, uroczą córką emerytowanego ambasadora. Los stawia jednak na jego drodze 18-letnią ubogą kuzynkę Füsun, ekspedientkę w jednym z modnych wówczas butików z europejskimi towarami. Kemal zakochuje się nieprzytomnie w Füsun – dziewczynie tyleż pięknej, co skromnej. Co więcej, z wzajemnością. Uczucie owo znajduje spełnienie w zagraconej garsonierze, w której matka Kemala gromadzi stare sprzęty niemieszczące się w domu rodzinnym. Kochankowie spotykają się tam, uprawiając seks i udając, że ich gorąca namiętność ma jakąkolwiek przyszłość.

Oczywiście oszukują się – żadnej przyszłości nie ma. I to nie dlatego, że tak naprawdę brak między nimi miłości, ale z tej przyczyny, że jest to miłość zakazana, niemożliwa, niemoralna. Füsun traci bowiem dziewictwo bez ślubu, zaś Kemal jest zbyt słaby, by zerwać zaręczyny i dokonać na oczach wszystkich bulwersującego mezaliansu. Po uroczystości zaręczynowej Kemala Füsun znika, ów zaś pogrąża się w chorobliwej depresji.

Kiedy po roku znów się spotkają, okaże się, że dziewczyna zawarła desperacki związek małżeński z pierwszym kandydatem, który się napatoczył. Od tego momentu ich relacje przybierają dziwaczny kształt – Kemal, któremu urażona Sibel odesłała w końcu pierścionek zaręczynowy, staje się „przyjacielem rodziny” i przez osiem lat odwiedza niemal codziennie mieszkanie Füsun, jej rodziców i męża, wchodząc właściwie w kapcie domownika, sycąc się samą obecnością niedostępnej ukochanej, biorąc udział w rytuałach powszedniego życia zwykłej stambulskiej rodziny. Przy okazji zaś popada w szczególną odmianę kleptomanii – zaczyna obsesyjnie gromadzić przedmioty związane z Füsun. W przyszłości posłużą mu jako muzealne eksponaty poświęcone jego wielkiej miłości...

Przypomina to trochę streszczenie jakiegoś wiktoriańskiego romansu albo współczesną wersję „Tessy d’Urberville” Thomasa Hardy’ego – i nie jest to skojarzenie całkiem bezzasadne. Pamuk, pisarz zawsze głęboko świadomy literackiego tworzywa, bierze bowiem XIX-wieczną europejską powieść, z jej naturalistyczną dokładnością w analizowaniu nieprzekraczalnych społecznych barier oraz obyczajowych zakazów, i ostrożnie przenosi do jej wnętrza Turcję własnej młodości, islamski kraj zawieszony między tradycją a nowoczesnością, rozrywany konfliktami na tym tle, chcący na siłę się zmodernizować, a zarazem zostawić sobie prawo do egzekwowania konserwatywnych, religijnie motywowanych reguł – egzekwowania ich, dodajmy, głównie wobec kobiet.

„Muzeum niewinności” stanowi więc klasyczną, silnie zmitologizowaną narrację o złamaniu tabu i konsekwencjach tego występku, a jednocześnie to wybitna dekonstrukcja tego schematu. Pamuk pokazuje, w jaki sposób import obcych wzorców kulturowych (w tym miłości romantycznej) do społeczeństwa, które – choć sądzi inaczej – nie jest na ów import przygotowane, może prowadzić do prawdziwych ludzkich tragedii.

Turecki pisarz bada też narodziny indywidualizmu w kolektywnym, patriarchalnym świecie: na ten indywidualizm, bardzo bliski egoizmowi, mogą sobie pozwolić ci, którzy są u władzy – mężczyźni. Kobiety przybierają tu kształt biernych, nieruchomych figur przestawianych na męskiej szachownicy – czarnymi grają tradycjonaliści, białymi zaś modernizatorzy.

Ciekawe, że przez 750 stron „Muzeum niewinności” nie dowiadujemy się właściwie niczego o samej Füsun, o jej myślach, uczuciach, planach, choć szaleńczy monolog Kemala skupia się głównie na niej. Na niej – przefiltrowanej przez jego wyobrażenia. Füsun to w gruncie rzeczy jeszcze jeden muzealny eksponat. Pamuk nie ocenia, nie wydaje moralnych sądów. Brawurowo wciela się w swojego bohatera i spogląda na świat jego oczami. Udaje mu się przy okazji uchwycić w kadrze smutek przemijania – ta powieść jest przy okazji wspaniałym dokumentem wymierzonym w entropię, w nieuchronny upływ czasu.

Nie lubię sprzątać, czyścić, porządkować. Sprzątanie wydawało mi się zawsze gwałtem na przeszłości, która przecież nie powróci – pozostała już tylko w porzuconych chaotycznie drobiazgach: starych książkach, biletach, zdjęciach, papierkach od cukierków, zużytych zabawkach, dziurawych skarpetach, niemodnej boazerii, a nawet w drobinach kurzu zebranych na półkach. Myślę, że w owych odczuciach nie jestem sam. „Muzeum niewinności” traktuje właśnie o tym – o braku zgody na powolną śmierć wszystkiego, co nas otacza: ludzi, rzeczy, pamięci o nich. Choćby była to pamięć trudna.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj