Wyjściowy pomysł na książkę był prosty jak odcinek drogi, na którym Thelma i Louise w filmie Ridleya Scotta przekomarzają się z kierowcą amerykańskiego tira. Wojciech Orliński przejechał Stany Zjednoczone wzdłuż i wszerz tropem bohaterów kina, literatury, polityki, historii i gospodarki, które ukształtowały jego wyobrażenie o Ameryce. „W tej książce poruszam się tropem fantazji, które czasem nawet wiele lat temu zaszczepił ktoś stukający jakiś scenariusz na tarasie gdzieś w Beverly Hills” – wyznaje z rozbrajającą szczerością.

Reklama

Przed wyprawą zrobił solidny research na temat wszelkich aspektów dziejowych tego co prawda metrykalnie młodego, ale niezwykle różnorodnego kraju. W trakcie lektury czytelnik przekona się wielokrotnie, że Orliński jest błyskotliwym analitykiem i potrafi w zaskakujący sposób łączyć najbardziej odległe w czasie i przestrzeni fakty i zdarzenia, żeby dotrzeć do sedna opisywanego problemu (polecam fragmenty, w których dzieje, charakter budowy i eksploatacji amerykańskich roads opowiada na przykładzie naszej gierkówki Warszawa – Katowice i przelotówki przez Miechów).

Duchowym patronem tych rozważań jest Jean Baudrillard. Francuski filozof w książce „Ameryka” zakwestionował realność istnienia tytułowego kraju. Zdaniem myśliciela z Europy Amerykanie stworzyli Disneyland „po to, by ukrywać, że jest nim cały kraj, że cała Ameryka jest Disneylandem”.

Orliński wyruszył za wielką wodę z teorią simulakrów w głowie i pisząc swoją opowieść o ojczyźnie Myszki Miki, w istocie przyznał autorowi tych pojęć rację. Teoria o nierzeczywistość Ameryki, której prawdziwość udowadniał Francuz, nie jest metaforą, jest jak najbardziej rzeczywista. Każde z miejsc, do których wybrał się Orliński, jest inne, niż sądzimy. Słynna Mainstreet w Disneylandzie, kopia archetypowej uliczki amerykańskiego miasteczka, corso drobnych przedsiębiorców, których trud i wysiłek zbudował dobrobyt i potęgę dolara, ma się do rzeczywistości jak pięść do nosa. Z grubsza prawdziwe są tylko fasady budynków, a mieszczące się w ich wnętrzu lokale są fikcją. Kawa, kukurydza czy ciasteczka sprzedawane w mainstreetowych sklepikach i barach są produktami wielkich korporacji, które dawno wykończyły niezależnych pionierów z branży.

Orliński, który wiedzę o kulturze popularnej Wschodu i Zachodu wyssał z mlekiem matki, bezlitośnie – również dla siebie – obala mity. Zniszczenie dwóch z nich ukłuło mnie dotkliwie. Tak jak autor w dzieciństwie naoglądałem się westernów i marzyłem nie tylko o gwieździe szeryfa, ale też o banalnej wizycie w saloonie, spuentowanej szklaneczką whisky. Tymczasem rzeczonych knajp już prawie nie ma, a przede wszystkim na dawnym Dzikim Zachodzie barman nie poda nam whisky, zanim nie określimy, o jaki gatunek nam chodzi.

Drugi mit: oglądając filmy z jankesami kontemplującymi samochodowe przejażdżki, byłem pewien, że Ameryka to raj dla amatorów czterech kółek. Tymczasem autostrady w kraju Forda są zaledwie dwupasmowe, a kierowcy gigantycznych ciężarówek ścigają się między sobą tak jak u nas, co zamienia podróż w piekło.

Tropów, którymi idzie Orliński, jest znacznie więcej. Dziennikarz „Wyborczej” udowadnia nierzeczywistość słynnej Steinbeckowskiej „drogi matki” Route 66, obnaża rasistowski charakter Nowego Jorku, widmowość Los Angeles i Las Vegas oraz globalne wyobrażenie o Dolinie Krzemowej jako terytorium rządzonym przez korporacyjny zamordyzm (faktycznie władzę sprawują tam menedżerowie hipisi). Paradoksalnie po lekturze książki Orlińskiego Ameryka i jej popkultura są jeszcze bardziej fascynujące.

"Ameryka nie istnieje", Wojciech Orliński, Pascal, 2019, cena: 32 zł