Coben ma swoich wyznawców. Nigdy do nich nie należałem – być może z powodu braku zaufania, jakie budzi we mnie taśmowa produkcja bestsellerów. Co nie znaczy, że nie czytuję Cobena z przyjemnością. Owszem, czytuję. Owszem, z przyjemnością. Lubię jego lapidarny styl, zgryźliwe poczucie humoru i rzadką umiejętność sprowadzania odbiorcy na manowce w taki sposób, by ten nie poczuł się obrażony. Poza tym Myron Bolitar, bohater większości powieści Cobena, to miły facet. Fajnie czasami poczytać o miłych facetach, nie zaś, jak mawia moja córka, poświęcać się wyłącznie schizom.

Reklama

W opublikowanym rok temu thrillerze „Zaginiona” Bolitar, niedoszły koszykarz, były pracownik FBI, obecnie zaś agent sportowy i detektyw z amatorskiego upodobania, pakuje się w iście międzynarodową kabałę. Po latach odzywa się do niego przyjaciółka i kochanka Terese Collins, słynna w latach 90. prezenterka CNN, która wycofała się z życia publicznego po tragicznym wypadku samochodowym – w kraksie zginęła jej siedmioletnia córka, a ona sama została ciężko ranna. Terese prosi swojego starego kumpla, by czym prędzej przyjechał do Paryża – sprawa jest pilna i trudna do wyjaśnienia przez telefon.

Bolitar, po części ze względu na sentyment i wdzięczność za niegdysiejszą przysługę, a po części z uwagi na sypiące się w gruzy własne sprawy osobiste, decyduje się na podróż. Ta decyzja będzie brzemienna w skutkach: bohater trafia w sam środek brutalnej gry wywiadów, ktoś go śledzi, ktoś próbuje porwać. W dodatku ci, którzy mieli żyć, giną, zaś ci, którzy zginęli, żyją...

Nie da się tej powieści traktować całkiem serio – to tylko dobrze przyrządzona rozrywka. Sam Bolitar jako domorosły James Bond, wspierany przez seksoholicznego milionera ekscentryka i dwie ekswrestlerki, wypada tu, jeśli spojrzeć na sprawę z pewnego dystansu, dosyć groteskowo. Ale właściwie cóż z tego? Konsumuje się „Zaginioną” błyskawicznie i ze sporą satysfakcją, wyłapując świetne onelinery, ciesząc się sarkastycznymi obserwacjami obyczajowymi (opis głównej paryskiej komendy policji to prawdziwa perełka), a narracyjny temperament Cobena nie pozwala ani na chwilę przystanąć i zastanowić się nad wzrastającym z każdą stroną poziomem nieprawdopodobieństwa.

Gdzieś w tle „Zaginiona” kryje zresztą autentyczną refleksję na temat przemian amerykańskiej mentalności po zamachach 11 września 2001 roku. Coben ubiera w popularną formę przeraźliwy strach przed terrorystyczną infiltracją, umiejętnie racjonalizuje też powszechne przyzwolenie na działania służb specjalnych, ograniczające obywatelskie wolności. Koncept, którego rzecz jasna nie zdradzę, a na którym opiera się intryga „Zaginionej”, to projekcja najgłębszych lęków Amerykanów oraz świadectwo ich tęsknoty za błogosławioną izolacją od obmierzłej reszty świata. Europejczyk czyta taką literaturę z lekkim przymrużeniem oka, ale powinien pamiętać, że cała współczesność to w dużej mierze iluzja stworzona przez ludzi zza oceanu. „We’re all living in Amerika/ Amerika ist wunderbar” – jak śpiewa Rammstein.