W Beninie, małym zachodnioafrykańskim państwie (znanym niegdyś jako Dahomej), bardzo pouczająca wydaje się lektura książek telefonicznych. Otóż w spisie abonentów regularnie powtarzają się nazwiska portugalskie i brazylijskie, mimo że kraj niemal nie posiada białych mieszkańców.

Reklama

Tajemnica kryje się w niewolniczej przeszłości dahomejskiego wybrzeża. To tu znajduje się miasto Ouidah, port do którego przez stulecia zawijały statki handlarzy żywym towarem. W pobliżu plaży stoją ruiny fortecy św. Jana Baptysty, zbudowanej przez Portugalczyków pod koniec XVII wieku dzięki porozumieniu z ówczesnym królem Dahomeju.

Forteca pozwalała kontrolować niewolnicze transakcje i czerpać z nich krociowe zyski. Z nią też związał się los Francisca Felixa da Souzy, brazylijskiego biedaka, który zdołał wkupić się w łaski arystokratów z Bahii zajmujących się importem siły roboczej. Na początku XIX stulecia wypłynął do Afryki, by nadzorować ich interesy. Nigdy nie powrócił z Czarnego Lądu. On i podobni jemu pozostawili legendę oraz tysiące potomków dumnych ze swojego brazylijskiego i portugalskiego pochodzenia. Sam da Souza dorobił się blisko setki dzieci.

Czy można wyobrazić sobie lepszą historię dla Bruce'a Chatwina (1940-1989) - ekstrawaganta, podróżnika i znakomitego pisarza? Chatwin spełniał w świecie anglojęzycznym rolę, jaką jesteśmy skłonni w Polsce przypisywać Ryszardowi Kapuścińskiemu, choć był z przekonania bardziej twórcą fikcji upozowanej na reportaż niż aktywnym dziennikarzem. Jego kolejnym książkom towarzyszyły kontrowersje i oskarżenia o kreowanie rzeczywistości, koloryzowanie wydarzeń i liczne zmyślenia. Jednak - jak trafnie zauważył biograf Chatwina - "on nie pisał półprawd. On pisał półtorej prawdy".

W ubiegłym roku ukazał się po polsku fenomenalny zbiór jego reporterskich esejów "Co ja tu robię?". Teraz powieść "Wicekról Ouidah". Rzecz to krótka, ma ledwie 140 stron, ale jakich!

Czytając powieść Chatwina, ma się wrażenie pogrążania we śnie, wędrówki w gęstą, wilgotną ciemność, którą przejmuje strach. Historia da Souzy (tu nazywa się Francisco Manoel da Silva) przypomina "Sto lat samotności" Marqueza albo "Podróż do źródeł czasu" Carpentiera. Mimo że brytyjski pisarz nie szafuje zanadto instrumentami magicznego realizmu, efekt osiąga, budując obrazy i sytuacje pogłębiające atmosferę obcości i absurdu. Efekt wzmaga jeszcze doskonałe tłumaczenie Pawła Lipszyca.

"Wicekról Ouidah" to opowieść o ludzkim cierpieniu, zderzeniu cywilizacji, szaleństwie, przypadku i nieodłącznej tęsknocie za innym życiem. Postaci samotnych desperatów pogrążających się w obłędzie bardzo pociągały niemieckiego reżysera Wernera Herzoga, nic więc dziwnego, że zdecydował się zekranizować powieść Chatwina. Powstałą w 1987 roku "Cobra Verde", wolną adaptację "Wicekróla Ouidah", warto obejrzeć choćby dla jednej z ostatnich wielkich ról Klausa Kinskiego.

Dahomej to zresztą kraina pełna podobnych historii, niemal gotowych, by je ubrać w słowa i obrazy, np. na północy dzisiejszego Beninu żyło niegdyś odizolowane od reszty świata plemię czarnych Żydów. Czcili Boga Izraelitów, czytając Torę po arabsku, przestrzegali wszystkich nakazów religijnych bez jakiejkolwiek wiedzy o tym, gdzie leży Ziemia Święta. Stworzyli wobec tego na własny użytek koncepcję narodu wybranego - siebie samych. Nie doczekali się tylko swojego Chatwina.


"Wicekról Ouidah", Bruce Chatwin, przeł. Paweł Lipszyc, Świat Książki 2007