Dziennik.pl logo

Berlińskie love story

13 października 2007, 14:03
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Bartosz Kurowski w debiutanckiej powieści "Love Parade" udanie łączy literaturę rozrywkową z zaskakującymi wnioskami na temat polsko-niemieckich stereotypów narodowych. Prosimy o więcej!

Kiedy w dzieciństwie bawiłem się z kolegami w wojnę, oczywiście nikt nie chciał być Niemcem. Niemcem zostawało się w wyniku losowania. Wielokrotnie wypełniałem ten przykry obowiązek, gardłowo wrzeszcząc "Raus!", "Hände hoch!", i odpowiednio spektakularnie ginąłem. Dzisiaj, gdy nasza ojczyzna znów mężnie pręży wątłe muskuły przed zachodnim sąsiadem, tym ciekawsze wydają się książki, które próbują się zmierzyć z kwestią stosunków polsko-niemieckich. Niedawno ukazał się świetny zbiór reportaży Włodzimierza Nowaka "Obwód głowy", teraz zaś powieść "Love Parade" Bartosza Kurowskiego.

Autor wybrał trudną ścieżkę - literatura, której punktem wyjścia są stereotypy, sama stoi przed niebezpieczeństwem stereotypizacji. Ale ten debiut powieściowy broni się, choć nie bez wpadek. To zręcznie skomponowany romans w sosie z obustronnych uprzedzeń i resentymentów.

Historia opowiedziana w "Love Parade" jest stosunkowo prosta: absolwent architektury Mateusz Durski ma głowę pełną marzeń o bogactwie i życiowym powodzeniu, ale nie bardzo wie, jak te marzenia zrealizować. Zwłaszcza że dręczy go szczególna polska mieszanka poczucia niższości i urażonej dumy. W desperacji rzuca pracę w obskurnym szczecińskim biurze projektowym, opuszcza kochającą niewiastę i udaje się w towarzystwie podpitych robotników obskurnym busem do Berlina, gdzie czeka na niego stanowisko majstra na budowie.

Jego wyobrażenia na temat Niemiec ograniczają się do wspomnianych już "Raus!" i "Hände hoch!". Tym większym zaskoczeniem jest dla niego liberalna, swobodna berlińska atmosfera, oddech wielkiego świata i przypadkowo zawarte znajomości: z lokalnym frustratem, prawicowcem tęskniącym za czasami potęgi Rzeszy oraz pewnym podstarzałym antykwariuszem mitomanem i jego atrakcyjną wnuczką, wielbicielką Davida Bowie. Zarówno sam Berlin, jak i nowi przyjaciele odmienią życie Durskiego, niekoniecznie jednak w taki sposób, jak to sobie wymarzył.

Po książce Kurowskiego widać, że autor zawodowo para się scenopisarstwem, miewa bowiem niekiedy skłonność do efekciarstwa - lubi dramatyczne zwroty akcji, wyraźne postaci, wielkie słowa i wewnętrzne monologi. Ale, co także jest zasługą doświadczenia z branży filmowej, potrafi świetnie budować sceny, zgrabnie posługiwać się rekwizytami, wreszcie - co ważne - każdy z bohaterów okazuje się w krytycznym momencie mieć inne motywacje, niż się spodziewaliśmy.

Ponieważ w Polsce rzadko mamy do czynienia z inteligentnym pisarstwem rozrywkowym, które opowiadałoby nie o smokach i rycerzach, ale o codziennym ludzkim życiu, warto czytać powieść Kurowskiego po prostu dla przyjemności. Dodatkowym smaczkiem jest tu zgryźliwe, ironiczne potraktowanie transgranicznych uprzedzeń. Może wreszcie przestanie mieć znaczenie, kto jest Polakiem, a kto Niemcem, nawet w chłopięcej zabawie?

"Love Parade"
Bartosz Kurowski, Bonobo 2007

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Piotr Kofta
Piotr Kofta

Pisarz, krytyk literacki, publicysta

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj