Barnes został zapytany w jednym z wywiadów, dlaczego warto czytać jego książki. "Nie zamierzam odpowiadać" - powiedział. - "To rola polityków. Dziennikarz odparł: "No cóż, zrobimy to za ciebie". Wobec tego zaczynamy.

Reklama

Rzecz wcale nie jest taka oczywista. Kiedy dostaje się do ręki niemal 600-stronicową powieść, której akcja rozpoczyna się u schyłku XIX wieku i obejmuje kilkadziesiąt lat, mina może raptownie zrzednąć. Świadomość, że jednym z jej głównych bohaterów jest pisarz Arthur Conan Doyle, jest dla umiarkowanego fana przygód Sherlocka Holmesa średnim pocieszeniem. Tym większe zaskoczenie, gdy po paru stronach wiemy, że mamy do czynienia z książką nie tylko ważną, ale też destrukcyjnie wpływającą na rozkład dnia - napisaną w taki sposób, że przebija wszystkie zajęcia domowe i pozalekcyjne.

Nazwisko Juliana Barnesa wymieniane jednym tchem obok takich wybitnych twórców prozy brytyjskiej jak Salman Rushdie czy Martin Amis znane jest polskiemu czytelnikowi głównie z głośnej swego czasu "Papugi Flauberta". Tymczasem "Arthur i George", najnowsza powieść Brytyjczyka, to już dziesiąta pozycja w jego dorobku. Książka przyniosła mu trzecią w karierze nominację do prestiżowej Nagrody Bookera i była absolutnym faworytem bukmacherów. W wyścigu po 50 tysięcy funtów przegrała jednak z irlandzkiem pisarzem Johnem Banvillem i jego "The Sea".

W "Arthurze i George’u", który tytułem może się niesłusznie narazić na podejrzenia, od jakich nie są wolne dziś nawet "Teletubisie", Barnes bierze pod lupę dwie historyczne postaci. Pierwszą znają wszyscy. To Arthur Conan Doyle, twórca najsłynniejszego detektywa świata - Sherlocka Holmesa (a przy tym zdeklarowany przeciwnik praw wyborczych dla kobiet i entuzjasta seansów z udziałem medium). Podobno sława pisarza i popularność jego detektywistycznych powieści powodowała, że prośby o podjęcie interwencji w różnych sprawach kryminalnych napływały do niego z regularnością dzisiejszych afer rządowych. Doyle jednak uparcie odmawiał. Zainteresował go dopiero list od skromnego prawnika hinduskiego pochodzenia, oskarżonego o popełnienie szeregu odrażających czynów. Tym prawnikiem był George Edalji, również postać autentyczna. Ów fakt stanowi podstawę dla wybitnej powieści Barnesa.

To, że los zetknął Doyle’a i Edaljiego, można określić za Witkacym jako "przypadkowe przeznaczenie". Obaj, choć całkiem odmiennych charakterów, byli sobie w równym stopniu potrzebni. Arthur Conan Doyle jest opisany jako prawy, honorowy człowiek wielu cnót. Nie przeszkadza mu to jednak zaznać gigantycznego wzwodu w towarzystwie ukochanej kobiety, która - dodajmy szeptem - nie była jego żoną. Można przypuszczać, że perturbacje na tle osobistym powodują, iż Doyle szuka potwierdzenia dla swej uczciwości i chce pomóc skrzywdzonemu prawnikowi. Z drugiej strony mamy George’a Edaljiego - syna pobożnego pastora, ofiarę idealną, której nieśmiałość i skromność nie pozwalają bronić się przed oskarżeniami. Na przykładzie losów tych dwóch mężczyzn Barnes pyta, dlaczego pamięć o niektórych przechodzi do historii, a o innych zamiera.

Brytyjczyk, uznawany za twórcę postmodernistycznego, gładko łączy w "Arthurze i George’u" konwencję powieści psychologicznej i detektywistycznej, by zbadać społeczne tło odchodzącej w przeszłość epoki wiktoriańskiej, w której przemianom moralnym towarzyszyły rasowe uprzedzenia, społeczna niesprawiedliwość i hipokryzja, a brytyjski system sprawiedliwości potrzebował ofiary z Edajliego, żeby się wreszcie zrewolucjonizować.

Barnes musiał być uważnym czytelnikiem Dostojewskiego. Choć jest pisarzem całkiem innej prozatorskiej techniki niż rosyjski mistrz, tematycznie wydają się bardzo bliscy. No i rzecz najważniejsza: podobnie jak "Zbrodnia i kara", również "Arthur i George" jest jednym wielkim pytaniem. Wszelka wina pozostaje tu zagadką, przeznaczenie człowieka - nieodgadnionym fenomenem. O to można mieć do Juliana Barnesa pretensje. Najpierw trzyma nas w napięciu, niemal z nożem na gardle, przez 600 stron, a potem pozostawia jak dzieci bez odpowiedzi. Ale tak to bywa z wielką literaturą.

"Arthur & George"
Julian Barnes, przeł. Joanna Puchalska, Świat Książki 2007