Dziennik.pl logo

Kamuflaż wielkiej straty

13 października 2007, 15:47
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Włodzimierz Kowalewski zaryzykował, pisząc powieść w stylu retro. I wygrał. "Excentrycy" są literackim sukcesem - historią subtelną, nieoczywistą, boleśnie ironiczną.

Jest jesień 1957 roku. Po chwilowej politycznej odwilży kraj pogrąża się w gomułkowskim marazmie. Do siostry, lekarki w Ciechocinku, przybywa z emigracji w Anglii Fabian Apanowicz, 50-latek, Lwowiak, były żołnierz andersowskiej armii, pięknoduch, kobieciarz i, co najważniejsze, muzyk rozkochany w swingu. Fabian jest w komunistycznym mroku niczym latarnia przyciągająca ćmy - a wszystko, co oświetli gestem czy słowem, nagle ożywa. I okazuje się, że w ponurym Ciechocinku po sezonie i wbrew duchowi czasów, z rozmaitych życiowych rozbitków można skompletować pełnowartościowy big-band...

Przybysz z Anglii ma w sobie coś jeszcze - niesie się za nim blichtr lat 30., utracona przedwojenna elegancja i dezynwoltura. Dawno nie było w polskiej literaturze bohatera do tego stopnia przepełnionego pozytywną energią. To nie sfrustrowany snuj w żałosnym sweterku w serek, postać znana z kina moralnego niepokoju, ale facet, który spełnia się w działaniu i zabawie.

Kowalewski jest jednak zbyt dobrym pisarzem, by pozostawić nam tak powierzchowną wizję kluczowej postaci - im dalej wchodzimy w powieść, tym mocniej czujemy, że ta chorobliwa wręcz aktywność stanowi kamuflaż dla jakiejś wielkiej straty. "Czujemy" to dobre słowo - bowiem w dobrej literaturze nie możemy o człowieku wiedzieć niczego na pewno. Jak w życiu.

Autor "Excentryków" fenomenalnie wygrywa konflikt konwencji i obcość przedwojennego bon vivanta w rzeczywistości zdegradowanej, pełnej strachu i donosicielstwa. Jak w dobrym romansie z lat 30., na horyzoncie pojawia się kobieta fatalna imieniem Modesta. Nie miejmy jednak złudzeń - czasy się zmieniły i femme fatale też nie jest taka, jak kiedyś, w epoce seksownych fordanserek i kawalerów we frakach. Jej mroczna tajemnica pochodzi z innych źródeł. Kowalewski zabawia się, umiejętnie pastiszując skrzące się ironią dialogi między Fabianem a Modestą, jakby żywcem wyrwane z obcego, nieistniejącego świata. Ale ta ironia jest gorzka, podszyta smutkiem i poczuciem niewygodnej sztuczności.

Podobnie z innymi portretami w powieści, poczynając od samego kurortu pełnego śladów dawnej świetności, złamanego przez wojnę i pierwszą dekadę komunizmu, zaludnionego przez widma i wspomnienia. Członkowie big-bandu Fabiana to również niezgorsze towarzystwo: melancholijny milicjant - niegdyś dobrze zapowiadający się muzyk; wycofany, przerażony doktor z miejscowego sanatorium, nad którym wisi odium skandalu sprzed dwóch dziesięcioleci; nieudany restaurator, który 2 września 1939 roku miał otworzyć wymarzoną knajpę, czy wreszcie ekscentryczny pan Zuppe - wirtuoz nienawidzący muzyki, ogarnięty obsesją wynajdowania homoseksualnych podtekstów w polskiej poezji.

Drugi plan w "Excentrykach" żyje nie mniej interesująco co główny bohater. Kowalewski, nawiasem mówiąc, pozwolił sobie na żarcik w stronę krytyki literackiej - dwóch niezbyt rozgarniętych kelnerów ze spelunki nosi nazwiska Cuber i Ostaszewski.

Ktoś mógłby zapytać, po co się pisze takie historie. Ku pokrzepieniu serc? Że nawet w najgorszych czasach można z siebie wykrzesać odrobinę inicjatywy i optymizmu? Zaskakująca puenta powieści sugeruje, że chyba nie w tym rzecz. Autor nie daje jednak oczywistych odpowiedzi. Gdzieś w tle, niezbyt natrętnie, płynie opowieść o utraconej młodości pogrzebanej przez wojnę i totalitaryzm, szansie na normalne życie. I o tym, że - jak u Woody’ego Allena w "Drobnych cwaniaczkach" - przygotowując skok na bank, zdarza się zrobić majątek na ciasteczkach, tyle że ostatecznie wcale go nie potrzebujemy.

Lektura powieści Kowalewskiego przywołuje ciepłe skojarzenia - z jazzowymi fascynacjami Leopolda Tyrmanda, nostalgicznymi "Pożegnaniami" Stanisława Dygata oraz ich fenomenalną ekranizacją spod ręki Wojciecha Hasa, przez swoje swingujące zapamiętanie trochę też z prozą Josefa Škvoreckiego (szczególnie "Fajny sezon", rzecz o graniu jazzu w stalinowskiej Czechosłowacji). Oraz - niespodziewane - z filmem "Buena Vista Social Club" Wima Wendersa. Kiedy Kowalewski szkicuje portrety muzyków wykopanych z czeluści czasu, nawet wbrew woli migają mi przed oczami twarze sędziwych Kubańczyków.

Oczywiście, o filmowej wersji "Excentryków" nie ma co nawet marzyć. Nie istnieje żaden polski reżyser, który umiałby ją zrealizować. Kamery stosowne do takiego przedsięwzięcia rdzewieją na zapomnianych strychach, a czarno-biała taśma rozpadła się w pył. Podobnie zaginęła gdzieś subtelność i gorzkie poczucie humoru. Szkoda. To byłby wspaniały film.

"Excentrycy"
Włodzimierz Kowalewski, W.A.B. 2007

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Piotr Kofta
Piotr Kofta

Pisarz, krytyk literacki, publicysta

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj