Opowiedziana historia nie sprowadza się jednak tylko do opisu ostatnich 13-14 tygodni życia matki, u której zdiagnozowano guz mózgu. Proces stawiania diagnozy i późniejsze leczenie, to tylko punkt wyjścia. To jedynie pretekst. Drugi wątek dotyczy wspomnień związanych z dzieciństwem i wczesną młodością aktorki. Oba się ze sobą przeplatają, bo kiedy np. Grażyna Szapołowska szuka leków, to spotyka kogoś z przeszłości. Kiedy sprząta mieszanie, to natrafia na zapomniana listy, zdjęcia, wycinki z gazet.
Tak rozpoczyna się podróż w głąb siebie, która w rzeczywiści zaczyna się dużo wcześniej niż choroba matki i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się dalej i dalej… I stąd też mowa jest zarówno o narodzinach córki i śmierci ojca - zarysowanych jedynie migawkowo, jak i o podróżach krajowych (np. wypad nad jezior do Iławy) oraz zagranicznych (m.in. Włochy, Francja i Rosja), w tym także sprawieniu sobie pierwszego prawdziwego futra.
Szapołowska choć zachowuje w głównym wątku ciąg chronologiczny, odchodzi jednak od niego, kiedy mowa jest o najbardziej intymnych przeżyciach. W rzeczywistości "Ścigając czas" swoją strukturą przypomina sen - porwany, pulsujący, a nierzadko halucynacyjny. Z drugiej strony nie sposób jednak oprzeć się wrażaniu, że opisywane wydarzenia zostały precyzyjnie dobrane i równie precyzyjnie opowiedziane - to opowieść obrazami, anegdotami - na podstawie których z powodzeniem można by nakręcić film. Scenariusz jest już praktycznie gotowy.
Problem jednak w tym, że brakuje opisu buntu, niezgody na to, co się dzieje, jak wtedy kiedy Janowi Nowickiemu zmarła matka - ten zniknął, zerwał próby do "Don Juana”, a Hanuszkiewicz zdecydował się, że datę premiery spektaklu przesunie. W przypadku opowieści Grażyny Szapołowskiej ma się wrażenie, że to wersja ocenzurowana. Że nie wyrzuca ona z siebie wszystkiego, co się w niej kłębiło. A przecież pisanie zmusza też do przeprowadzenia bolesnego często zabiegu - spojrzenia na siebie z zewnątrz, bez żadnych upiększeń.
Zamiast tego widzimy jak aktorka biega na próby i występuje na deskach teatru. pisze m.in. Jedynie Jan Frycz po sposobie, w jaki grała, domyśla się, w jakim stanie jest jej matka, przyznaje sama Szapołowska w jednym z rozdziałów. Dla wnikliwego czytelnika, to stanowczo za mało. I może też dlatego bohaterów "Ścigając pamięć" przyrównać można z bohaterami filmu "Tatarak" w reżyserii Andrzej Wajdy, w którym Krystyna Janda wygłasza monolog o zmarłym mężu, który . Wszyscy oni żyją wstrząsani konwulsjami i histerycznym krzykiem wyrażającym ból i niezgodę na otaczającą rzeczywistość. W tym pierwszym przypadku nie wychodzi to jednak poza pewne ramy - w efekcie "Ścigając pamięć" wiele traci na autentyczności.
To z kolei sprawia, że , która ma wskazywać na uniwersalnych charakter zdarzeń wraz z kolejnymi stronami zaczyna być odczytywana jako zabieg czysto techniczny. Szkoda, że w opisie wspólnoty ludzkich dramatów i radości nie ma choćby jednej sceny, w której bohaterka choćby na końcu książki - niczym po zakończonym spektaklu - zrzuca maski granych przez siebie osób.
- pisze w zakończeniu Grażyna Szapołowska.