Gdybym zapytała panią o gesty, zapamiętane słowa?

Odpowiedź na to pytanie nie będzie trudna. Najczęstszym słowem, a właściwie powiedzeniem, poza słowami miłości, które często pojawiały się w naszym związku i to było piękne, wspaniałe, było: "Zaufaj mi Anulka" albo "Nie bój się Anulka, wszystko będzie dobrze". To zapamiętałam bardzo dobrze i właśnie to było w nim takie przepiękne. Tak bardzo wierzył w to, że nie należy się bać, a jak czegoś się boimy, to trzeba przede wszystkim uświadomić sobie, czego dokładnie się boimy. Kiedy mówił to "Zaufaj", miał już swoje plany, wizje, które miały się spełnić, tylko wystarczyło w nie uwierzyć.

Reklama

Wierzyła pani?

Wierzyłam. Kiedyś obiecał mi, że nie zginie w górach. Opowiadał mi historię himalaisty Andrzeja Zawady i jego żony, aktorki Anny Milewskiej, Zawada obiecał jej, że nie zginie w górach i dotrzymał słowa. Zmarł, bo zachorował na nowotwór, jakiś czas potem, jak już przestał się wspinać. Wierzyłam we wszystko, co Tomek mówił. Skoro nie zginie, to nie zginie. Przez te wszystkie lata bardzo się bałam, a o dziwo tej ostatniej wyprawy nie bałam się w ogóle, bo wierzyłam, że wróci, że właśnie tak będzie, jak obiecywał.

Gdy okazało się, że nie wróci, czuła się pani przez niego w pewien sposób oszukana? Czuła tę złość, o której mówi się, że pojawia się w pierwszej fazie żałoby?

Nie czułam złości na niego, ale na innych ludzi. Za to, że był tak bardzo i często samotny w życiu, opuszczony przez innych.
Zarówno za jego życia, jak i po śmierci byłam otoczona ogromną falą wsparcia, współczucia, nie byłam sama, on nie był sam, ale na tym głębokim poziomie, to nasze życie było wciąż samotną walką. Kiedy wydarzyła się tragedia na Nanga Parbat nie czułam żalu do niego, nie czułam się zawiedziona, ale miałam w sobie taką myśl, że to jakaś spełniająca się przepowiednia, jakieś fatum, że dopełnia się pewna historia, która nie wiem oczywiście, dlaczego, ale tak musiała się skończyć. Tego żalu, że obiecał, a nie wrócił, nie było we mnie.

Ta walka, o której pani mówi, to była głównie walka o pieniądze?

Reklama

Nie tylko, bo one są tylko symbolem, choć z nimi wiąże się tak naprawdę walka o przetrwanie, o godne życie, o życie w ogóle. Mam tu na myśli jednak bardziej walkę o akceptację, kiedy ktoś jest inny. A Tomek był inny. Takim osobom jest trudno funkcjonować w społeczeństwie, bo są za tę inność odrzucane, ta ich inność jest niewybaczalnym grzechem. Można nawet powiedzieć, że za tę inność jest się w Polsce wyjątkowo karanym. Zwłaszcza w życiu zawodowym, im bliżej wielkich miast, tym bardziej liczy się konformizm, bezwzględność w parciu do przodu, walka o karierę, pozycję. Często dzieje się to brutalnie, bez spojrzenia na drugiego człowieka. W takim świecie Tomek nie mógł się odnaleźć.

A środowisko tych, którzy się wspinają?

To środowisko również broni swojej "środowiskowości", swoich zasad, choć nie wiem, czy nazywać je zasadami w świecie, który jest po prostu hermetyczny. Tak, Tomek był przez nich odrzucany, umniejszało jego jego dokonaniom, wizjom.

Na czym polegała ta jego inność?

On był inny na każdym poziomie. Nie był taki, jak ludzie, których zazwyczaj spotykamy na co dzień. W nim była autentyczność, ciągłe dążenie do podważania zastanych schematów, reguł, których my zazwyczaj przestrzegamy, a nie zastanawiamy się, dlaczego społeczeństwo ustawia nas w takich, a nie innych rolach. On się przeciw temu buntował od dziecka. Zastanawiał się nad sensownością każdego zachowania, jak chociażby tego, gdzie się mieszka, śpi, przebywa. Z ogromnym upodobaniem znajdował sobie dzikie miejsca, w których lubił być. Nie lubił miasta, mieszkań, krat, kodów, kluczy, przechodzenia przez ochronę w zamkniętych enklawach. Kiedy wynajęliśmy domek pod Warszawą, często sypiał i siedział na zewnątrz. Z kolei jego ulubionym miejscem w mieszkaniach, jeśli akurat mieszkaliśmy w bloku, był balkon. Musiał mieć przestrzeń. Już jako małe dziecko zastanawiał się, dlaczego jemy mięso, choć jest przykazanie "nie zabijaj". Dociekliwy i refleksyjny był od najwcześniejszych lat.

PAP

Takim też był ojcem?

Nigdy nie mówił dzieciom "nie wolno", "nie można". Przestrzegał, ale też nie był niepoważnym ojcem, który mówił, żeby włożyły rękę w ogień. Tłumaczył im świat. Wyjaśniał, że jak rozpalamy w piecu, to jest gorący i nie można go dotykać, ale jednocześnie nie zakazywał. Kiedy jego syn z pierwszego małżeństwa - Max - zaczął bawić się śniegiem i po chwili zaczęły boleć go dłonie, nie mówił mu żeby założył rękawiczki, bo rozbolą go ręce, ale tłumaczył, że jeśli dotyka śniegu, a ten jest bardzo zimny, to ręce będą boleć. To, że "nie wolno" pojawiało się tylko w ekstremalnych sytuacjach, gdy dzieci wspinały się po skałach, a on bał się, że spadną. Wtedy też częściej mówił "uważaj", niż zakazywał.

Max chciał robić to, co robił tata?

Tak. Imponowało mu to, że tata się wspina. Odkrywał ogromną radość ze wspinaczki . Tomek jednak nie chciał, żeby dzieci poszły w jego ślady. Nie mówił tego dzieciom, mówił to mnie. Wiedział, jakie to trudne, niebezpieczne. Był ojcem i ten ojcowski lęk, w tym wypadku wygrywał z miłością do gór.

Pamięta pani ten pierwszy moment, błysk w oku, kiedy się poznaliście?

Byłam bardzo ciekawa, kim jest. Ktoś ze znajomych wspominał, że jest taki człowiek, chodzi po górach. Zainteresowałam się nim najpierw nie od strony damsko-męskiej, ale ludzkiej. Zastanawiałam się, co robi w Warszawie, w środowisku kompletnie innym, niż to, które go pociąga. Potem już oboje byliśmy sobą zainteresowani, bo Tomek też dowiedział się od znajomych o moim istnieniu. Nie pamiętam, które z nas wyszło pierwsze z inicjatywą poznania się, ale najpierw zamieniliśmy kilka zdań przez internet, a potem poznaliśmy i tak się zaczęło. Pamiętam z tego spotkania jego twarz, głębokie spojrzenie, roześmiane błękitne oczy ze zmarszczkami w kącikach, od uśmiechów. Miał dla mnie taką twarz marynarza, na której widać ślady wiatru, podróży, wędrówki. To mnie zachwyciło i ten jego uśmiech promieniejący ciepłem. To było wspaniałe.

Ale początki waszej relacji nie należały do najłatwiejszych.

Trudno oczekiwać tego, że dwoje poobijanych życiowo ludzi od razu padnie sobie w ramiona. Byliśmy w sytuacjach, które nie skłaniają do nawiązywania romansu, szukania relacji miłosnych. Obydwoje zamykaliśmy swoje poprzednie związku, więc ta miłość, to uczucie między nami, mocno nas zaskoczyło. Muszę przyznać, że od razu pojawiło się między nami ogromne zainteresowanie. Był osobą, która jak się ją pozna, to ulega się jej czarowi, sile przyciągania. Moja mama nazywa to magnetyzmem. Są ludzie, którzy mają taką aurę, że chce się być blisko nich, niezależnie od wszystkiego.

Mama była tą osobą, która się bała o panią w tej relacji?

Tak. Wiedziała, co przeżywam, jakie mam trudności jako kobieta, która decyduje się na rozstanie. To było trudne również dla niej. Nie chciała, żebym cierpiała, była oskarżana o nielojalność, nieodpowiedzialność. Tomek również był żonaty, środowisko jest w takich sytuacjach bezlitosne. Czy to w stosunku do mężczyzny czy wobec kobiety, wydaje mi się jednak, że oceny kobiet są dużo bardziej bezwzględne.

Byliście razem w górach?

Tak byliśmy, ale w niskich górach. W Sudetach. Nigdy nie byliśmy w Tatrach, a szkoda. Chcieliśmy jechać, ale wciąż nie było na to czasu. Nie zdążyliśmy. Zresztą te nasze wyjazdy odbywały się przy okazji pracy Tomka, gdy jeździł serwisować maszty. W związku z jego wyjazdami do pracy, byłam przy nim, podróżowałyśmy z nim, razem z malutką Zoją. Kiedy wyjechaliśmy do Irlandii, a Tomek też tam pracował, każdą wolną chwilę spędzaliśmy na łonie natury. On bardzo chciał pokazywać nam swoje szlaki. Nie szedł tak, jak inni turyści, lubił chodzić po swojemu, zbaczać z tras. A ja szłam za nim i to mi się zawsze bardzo podobało.

Media

Co poza górami było jego słabością?

Żeglowanie. Mało osób o tym wie, bo jego życie zdominowały góry i z historii z Himalajami był najbardziej znany. Sam nauczył się żeglować, kiedy był w ośrodku odwykowym Monaru na Mazurach, sam zrobił patent i zbudował jacht, który potem niestety zatonął, ale było to jego własne dzieło, któremu się szaleńczo oddał. Poza tym uwielbiał wszelkie twórcze działania. Jednym z jego marzeń było rzeźbienie w metalu. Miał ukończony kurs spawania. Marzył nie tyle, żeby być mechanikiem, co artystą, który tworzy w metalu.

Jak powracał z gór do codzienności?

To było dla niego zawsze ogromnie trudne, bo wracał do problemów, które nie przestawały istnieć, do miasta, którego nie lubił. Wracał też do trudnych relacji, bo miał przecież dzieci z pierwszego związku. Starał się sobie z tym radzić, ale nie było to dla niego łatwe.

Podobno "kolekcjonował" mandaty?

Można tak powiedzieć (śmiech). Nie miał głowy do przestrzegania przepisów, szczególnie tych niemądrych, a z natury był przekorny więc tam, gdzie można było złamać zasady, to je łamał. Nie potrafił się powstrzymać. Poza tym z racji tego, że ciągle zmienialiśmy miejsce zamieszkania, te mandaty do nas nie docierały. Żartowałam czasem, że nie nadążały za nim. Nie miał też pieniędzy na to, aby je zapłacić, więc powodów, przez które je "kolekcjonował" było wiele.

Pani była tą osobą, która ogarniała rzeczywistość?

Starałam się, ale to było naprawdę bardzo trudne. Czasem też nie nadążałam za tym, aby utrzymać porządek w jego papierach. Pamiętam, że raz doszło do sytuacji dość zagmatwanej, kiedy Tomek miał jechać do pracy w Irlandii. Jeden z mandatów przybrał formę aresztu. Baliśmy się, że nie wyleci i zostanie zatrzymany na lotnisku. Pisaliśmy odwołania i na szczęście się udało, chociaż wiedzieliśmy, że sensowniej byłoby te mandaty po prostu zapłacić.

Czuła się pani częścią każdej z tych wypraw?

Trudno się nie czuć, kiedy przygotowania wypełniały nie tylko nasz wspólny czas, ale całą przestrzeń dosłownie i w przenośni. Tomek był bardzo do mnie przywiązany. Zawsze relacjonował mi z drogi, gdzie jest, co robi, potrzebował kontaktu. Chciał, żebym pomagała w sprawach bieżących wyprawy, takich jak chociażby doładowanie telefonu satelitarnego, przekazanie prognozy pogody. Nie miał sponsora, który dbałby o łączność, wszystko opłacił. Po części to ja i mąż Elizabeth Revol, z którą wyruszał na wyprawy, spełnialiśmy te role. Wcześniej znajomi, przyjaciele Marka Klonowskiego.

Czego się pani bała najbardziej?

Chyba tego, że walka o szczyt zbytnio go pochłonie, że przypisze temu zbyt duże znaczenie, że przestanie patrzeć na to trzeźwo, a w jego głowie narodzi się taka myśl, że nie jest wartościowy, nie wchodząc na szczyt. On jednak starał się swoje zamierzenia i plany racjonalizować.W górach czuł się świetnie, nigdy nie miał objawów choroby wysokościowej. Był odporny i silny. To, co stało się na szczycie, jest dla mnie tragicznie niewytłumaczalne, trudne do pojęcia sercem. Z tego, co relacjonowała Eli zaskoczyło go to, co się z nim dzieje. Nagle stracił siły. Nic nie wskazywało, żeby czuł się źle. Zdobył się na potworny wysiłek i nie przyszło mu do głowy, że przekroczy granice wytrzymałości swojego organizmu, który zawsze za nim nadążał, za siłą jego ducha. A poddawał go naprawdę wielu próbom.

Kiedy trwała akcja ratunkowa, a szanse na dotarcie do niego malały…

Czułam ogromną rozpacz. Walczyłam, walczyliśmy z mnóstwem osób zaangażowanych w tę akcję, żeby wrócił. Kiedy pojawiła się ta pierwsza wiadomość, że się nie uda, z jednej strony wszystko się rozsypało, rozum mówił, że to koniec, a emocje wciąż podpowiadały, że zdarzy się cud. Potem była już tylko przeraźliwa rozpacz.

Na kogo była pani najbardziej zła? Na media, które relacjonowały to dosłownie minuta po minucie, na Elisabeth Revol, na tych, którzy poszli ratować, ale nie dotarli?

Media zorganizowałam ja sama, bo wiedziałam, że im więcej będzie szumu, tym szybciej znajdą się pieniądze i możliwości, żeby po Tomka pójść. Wiedziałam, że rozpętuję piekło, ale że jednocześnie to jedyna szansa, żeby Tomka i Eli uratować. Byłam zła, że to tak długo trwało z wielu powodów. Nie chciałabym wskazywać ludzi, na pewno nie była to Eli, nie byli to chłopcy – Adam, Denis, Jarek, Piotr, którzy ratowali, bo zrobili wszystko, ale jeżeli są osoby, które czegoś zaniechały, zaniedbały, to prawdopodobnie one o tym dobrze wiedzą. Nie mogę oskarżać, mogę pytać…

Jak wyglądało pani pierwsze spotkanie z Elisabeth Revol?

Obydwie bardzo się go bałyśmy, nie wiedziałyśmy, jak się zachowamy, co mamy sobie powiedzieć, wyjaśnić. Ona bała się oskarżeń z mojej strony, że będę ją obwiniać, choć tak jak mówiłam wcześniej, nie miałam takich emocji w stosunku do niej, ale ten lęk w niej był, bo była wystawiona na ciosy, przyjęła ich tyle, że skuliła się, oczekując kolejnych. Nawet, gdy wiedziała, że z mojej strony nic takiego ją nie spotka. Ja obawiałam się z kolei tego, co usłyszę, bo wiedziałam, że będę chciała zapytać o wszystko, o co mogę zapytać – ostatnie chwile, szczegóły. Bałam się, że dowiem się, że bardzo cierpiał, pod koniec…co byłoby dla mnie nie do udźwignięcia. Eli powiedziała mi, że spał i to chciałam od niej usłyszeć, że, nie myślał, nie czekał na pomoc, że się nie bał. Po prostu odpłynął, tracił świadomość i siły. To nasze spotkanie, rozmowa, choć wydawałoby się, że pogłębi te trudne chwile, ten ból zwiększy, jednak właśnie sprawiły, że on stał się lżejszy, że rozłożyłyśmy go na nas obie. Ulżyło nam, poczułyśmy jakieś ukojenie.

Śni się pani?

Tak i to są dobre sny. Jedne z nich jest taki, że jedziemy z dziećmi na wakacje, ja go widzę i zaczynam strasznie płakać. Proszę, żeby mnie przytulił, bo śniło mi się, że zginął na Nandze, a on głaszcze mnie po plecach, obejmuje i mówi, że nic się nie stało, że to tylko sen. Pamiętam, że mówiłam mu "Tomek, to był taki strasznie długi sen, jak dobrze, że się skończył"…. Inny sen, również bardzo symboliczny, jest taki, że się wspinam i idzie mi to bardzo dobrze, a prawda jest taka, że nie umiem się wspinać, wspinałam się kilka razy w życiu. Jestem w tym śnie swoim wyczynem zachwycona i zastanawiam się, czemu mi tak dobrze to wychodzi. Nagle widzę swoje dłonie, które są wielkie, silne i są dłońmi Tomka, tylko są trochę wychudzone, jak gdyby długo nie jadł. Czuję, że on jest. Co prawda, na co dzień nie czuję jego obecności, ale w snach pojawia się często.

Jak czuje się pani z tym, że jego ciało zostało tam w górach?

Nie umiem sobie wyobrazić Tomka pogrzebu, grobu, ceremonii umieszczania trumny w ziemi. To dla mnie abstrakcja. Przepraszam, że tak mówię, ale nie podoba mi się nasz cmentarny styl, nie pasuje mi ta symbolika. Przypuszczam, że gdyby Tomek zmarł w innych okolicznościach, to bym go skremowała. Wiem, że rodzina wystawiła mu pamiątkowy nagrobek i, że on jest dla nich, bo tego potrzebują, ale według mnie jego miejsce jest tam, gdzie został. On dla mnie opuścił ciało. To ciało na Nandze to nie jest Tomek, to Jego ziemskie ubranie . Tomek jest dal mnie wszędzie, jest energią wszechświata. Żyje, ale w innym stanie świadomości.

Jak na to wszystko zareagowały dzieci?

Jestem mamą córki Tomka – Zoi. Nie byłam przy tym, gdy dzieci z pierwszego małżeństwa, Maksio i Tonia dowiadywały się o tym, co się stało, ale wiem, że cierpiały. Były w Polsce, ze swoją mamą. Dla naszej córki to również było dramatyczne doświadczenie, ale dzieci potrafią radzić sobie, bronić się przed cierpieniem. Mają dużo lepiej wykształcone mechanizmy obronne. Dla nich śmierć to abstrakcja, większa niż dla nas dorosłych. Moja córka była strasznie smutna, a ja stopniowo przygotowywałam ją do tej wiadomości. Tęskni bardzo, jednak umiejscowiła tatę w innym wymiarze. Dla niej jest, ale go nie widać. Pyta mnie o niebo, o to, co tata tam porabia, a ja jej opowiadam. Dopytuje, czy tata widzi, że składamy klocki, rysujemy, mówię, że tak i cieszy się z tego, opiekuje się nami, często o nim rozmawiamy. To jej bardzo pomaga..

Po tym roku żałoby, jakie emocje teraz pani towarzyszą?

Ostatnio zastanawiałam się, czy te emocje się zmieniły. Stwierdziłam, że nie, a jedyna różnica to ich natężenie. Te momenty wpadania w taki głęboki smutek są rzadsze. W pustce i braku Tomka nic się nie zmieniło. Wciąż mam wrażenie, jakby się to stało wczoraj. Pamiętam, że przez pierwsze tygodnie często płakałam, czasem razem z córką, czasem sama w ukryciu, żeby nie widziała mnie w takim stanie i czuła oparcie we mnie, a nie była oparciem dla mnie. Po pół roku, gdy zaczęła się praca nad książką o Tomku, te łzy samoistnie wyschły. Teraz są momenty, kiedy się śmieję, żartuję, albo jestem smutna. Moja mama powiedziała, że dzięki temu, że ma miejsce premiera książki znowu dużo się dzieje i mogę o nim mówić, sprawia, że ta śmierć znowu jest abstrakcją. Czuję się tak, jak wtedy, gdy wyjeżdżał, bo jest zima, nie ma go, a ja o nim opowiadam. To też pewna forma terapii dla mnie. Myślę, że nie chciałby żebym rozpaczała, ale żebym się śmiała, była radosna.

Ta książka to w pewnym sensie testament, który pani wypełnia?

Tomek bardzo chciał napisać książkę o swoich wyprawach, wyjściu z heroiny, przemyśleniach na temat wspinania się. Opowie swoją historię tym, którzy będą jej ciekawi. Wierzył, że gdy zdobędzie Nangę, wreszcie staniemy na nogi, a nasze życie stanie się prostsze.

Co by mu pani chciała powiedzieć?

Chciałabym, żeby był. Bardzo mi go brakuje.

Dominik Szczepański, współautor bestsellerowej biografii Adama Bieleckiego "Spod zamarzniętych powiek", sam był świadkiem zmagań Tomka Mackiewicza z Nagą Górą podczas słynnej wyprawy w 2016 roku. Opisał je w książce "Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia", której był współautorem. Po śmierci Mackiewicza Szczepański wyruszył w podróż wiodącą od Działoszyna, gdzie Tomek przeżywał pierwsze przygody, aż po bazę pod Nanga Parbat w Pakistanie. O Tomku opowiadają ojciec Witold, była żona Joanna Kondracka, przyjaciele z Polski i Irlandii. Elisabeth Revol przywołała wspomnienia wspólnych wypraw i losy niezwykłego partnerstwa, które zaprowadziło ich na szczyt Nanga Parbat. Przebieg brawurowej akcji ratunkowej opisują emocjonująco uczestnicy zdarzeń: Adam Bielecki, Jarosław Botor, Denis Urubko i Piotr Tomala, którzy spod K2 ruszyli, by pomóc Tomkowi i Elisabeth. O Tomku opowiada również Anna Solska-Mackiewicz, dla której był największą miłością w życiu. Dzięki tym spotkaniom Dominik Szczepański stworzył wielowymiarowy portret człowieka, który stał się legendą, choć wcale tego nie pragnął. "Czapkins" to historia o miłości i samotności; uzależnieniu i wyzwoleniu; poszukiwaniu prawdy i walce z własnym ego. A także o niezwykłym marzeniu, które zmieniło życie Mackiewicza i ludzi wokół niego. Ale przede wszystkim to opowieść o wolności, jej pragnieniu i wcielaniu w życie. Wolności do końca.