Anna Sobańda: Swoimi felietonami regularnie wkurza pan prawicę, ale czasem zdarza się, że i lewicy pan czymś podpadnie. Czuje się pan chłopcem do bicia?

Marcin Meller: Bez przesady, niektórzy mają gorzej. Rozumiem, kiedy obrywam za swoje zasługi, czyli gdy z zamysłem napiszę coś kontrowersyjnego. Natomiast często zdarza się, że afera wybucha tam, gdzie się jej zupełnie nie spodziewałem. A niestety dzieje się tak, mimo iż zatrudniam – zresztą na jej wyraźną prośbę, bo dobrze mi życzy - żonę do tego, by jako pierwsza czytelniczka moich tekstów, ostrzegała mnie przed ewentualnymi problemami. Okazuje się, że nawet jej wyobraźnia nie jest na tyle bujna, by wyczuć wszystkie zagrożenia.

Z której strony ciosy bolą bardziej?

Bardziej bolesne są zazwyczaj te od swoich. Nie da się ukryć, że 90% rzeczywistości, w której funkcjonuję, to świat "nie pisowski". W momencie, gdy robi się afera i jadą po mnie swoi, to nie jest sympatyczne. Raz nawet moja żona była przerażona tym, co potrafią wypisywać "światli" i "tolerancyjni" przedstawiciele lewej strony

Za co najmocniej oberwał pan od swoich?

Za wątpliwości wobec przyjmowania uchodźców. To była najgorsza sytuacja, jechano po mnie strasznie.

Wyłamał się pan ze schematu

W prywatnych wiadomościach wiele osób pisało mi, że nie cierpią PiS-u, ale jeśli chodzi o sprawę przyjmowania uchodźców, to się ze mną zgadzają, jednak wolą się nie wychylać w swoim środowisku, żeby nie narazić się na ostracyzm. Jest więc coś takiego, jak pakiet poglądów i przekonań, który trzeba przyjąć, żeby być w pełni po jednej, albo drugiej stronie. To jest wygodne

Zwalnia z samodzielnego myślenia

Dokładnie tak. Jak masz jakieś określone poglądy polityczne, to razem z nimi cały zestaw tego, co powinieneś myśleć w wielu innych kwestiach społecznych, religijnych, cywilizacyjnych czy nawet gustów kulturalnych itd. Ja mam z tym problem.

W jakich kwestiach różni się pan ze swoim środowiskiem?

Z dużą częścią moich znajomych, którzy podobnie jak ja, są niewierzący, różnię się w kwestii obrazy uczuć religijnych. Kiedy Nergal podarł Biblię na koncercie i rzucił ją publiczności z hasłem "żryjcie to gówno", napisałem felieton, w którym stwierdziłem, że to żenada i żałość. Przytoczyłem też sytuacje, kiedy naziści podczas Nocy Kryształowej wchodzili do synagog, darli Torę i rzucali ją Żydom mówiąc "macie to swoje gówno". Natychmiast pojawiły się głosy oburzenia, że jak ja mogę tego biednego, słodkiego Nergalka porównywać do nazistów. Zapytałem wówczas, jak możecie oczekiwać, że ktoś będzie szanował wasze uczucia, jeśli wy nie szanujecie cudzych. Dla wielu osób Biblia to świętość, coś niezwykle istotnego, a nawet intymnego. Nie mogę tego pojąć, jak i w imię czego, można tak świadomie deptać czyjeś uczucia. Tolerancja ma być dla LGBT, Parady Równości, Żydów, uchodźców itd., ale w przypadku ludzi wierzących i symboli religijnych już niekoniecznie.

Czy oburzenie prawej strony różni się od tego z lewej?

Różnica jest taka, że jak napisze coś, co wkurzy świat niepisowski, to nawet w anonimowej formie czytam komentarze w stylu "ty debilu" czy "ty idioto". Natomiast jak ruszę drugą stronę, to piszą mi "będziesz wisiał", "idziemy po ciebie", "koniec waszego panoszenia się w Polsce" itd.

Lubi pan wkładać kij w mrowisko?

To jest część większego problemu. Czasy bowiem są takie, że wszyscy się bardzo łatwo oburzają. I to nie tylko w dyskusjach na kontrowersyjne tematy. Często chodzi o duperele, a wzmożenie jest takie, jakby dyskutowano o łamaniu konstytucji. To pokazuje przykład mojej żony, która prowadzi w internecie stronę o książkach. Niemal zawsze znajdzie się ktoś oburzony tym, że gdzieś w tekście zabrakło przecinka. Inny przykład – nasz dom na Mazurach leży w gminie Reszel, który jako miasteczko jest częścią Warmii. Jednak historyczna granica między Warmią i Mazurami idzie przez gminę i nasz dom jest już po mazurskiej stronie. Kiedy zdarzyło mi napisać, coś o "naszym domu na Mazurach" i w tym samym tekście wspomnieć, że jest on w gminie Reszel, od razu pojawiały się komentarze w stylu "debil z Warszawy nie zna historii i geografii". Od tej pory stosuję określenie "na pograniczu warmińsko – mazurskim".

Skąd w ludziach tyle agresji?

Internet wyzwala w ludziach ukryte demony. Funkcjonuję bowiem jako osoba publiczna ponad 20 lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, kiedy wrogość została mi okazana bezpośrednio. Dwa razy ze strony narodowców, raz od palikociarzy i może raz od wzburzonego pisowca. W Internecie natomiast regularnie jestem wyzywany od najgorszych. Choćbym napisał o pszczelarstwie, czy clubingu nad Wisłą, część komentarzy zawsze jest o tym, żebym "wyp***ł do Izraela". I to nie jest tylko kwestia domniemanej anonimowości. To działanie Internetu widzę także po ludziach, których znam. Na co dzień, w życiu realnym są spokojnymi, kulturalnymi osobami, ale kiedy przystępują do polemiki w sieci, wstępuje w nich szatan i stają się brutalniejsi, niż normalnie.

Społeczeństwo ma problem z rozumieniem ironii? Po felietonie, który napisał pan z perspektywy mizogina, okazało się, że niektórzy czytelnicy zupełnie nie załapali konwencji

Jest taki mem, w którym napisane jest "kiedy twój sarkazm jest tak głęboki, że wszyscy cię mają za debila". Mnie się to czasem zdarza. Żona, która zna moje poczucie humoru, życząc mi dobrze przestrzega, że czasami przesadzam i mogę być źle zrozumiany, W przypadku tego felietonu, który napisałem z okazji Dnia Matki, wydawało mi się oczywistą oczywistością, że to jest żart, taka konwencja. Niestety nie wszyscy to załapali. Niektóre kobiety bardzo się obruszyły. Najgorsze było jednak to, że dostałem także gratulacje w dobrych intencjach, za to, że w końcu napisałem prawdę o polskich matkach. Ja jednak lubię takie zabiegi stylistyczne, jak przekręcanie rzeczywistości. Zaczęło się to u mnie od Monty Pythona, którym się czasem inspiruję, co wychodzi mi z lepszym lub gorszym skutkiem.

"Drugie śniadanie mistrzów" czy "Dzień dobry TVN", w którym programie częściej zdarza się panu powiedzieć coś kontrowersyjnego?

"Dzień Dobry TVN" to program bardzo szczegółowo przygotowany, mało tam czasu na improwizację i jakieś nieprzewidywalne sytuacje. W "Drugim śniadaniu mistrzów" z racji swobodnej atmosfery, może się zdarzyć. Ale oczywiście chlapnąć można wszędzie.

Czy zdarza się panu bywać zażenowanym tematyką rozmów w "Dzień Dobry TVN"?

W zdecydowanej większości jestem autentycznie ciekaw tych tematów. Bawię się tym, dowiaduję nowych rzeczy, czasem kompletnie dla mnie abstrakcyjnych. Mam jednak problem z tym, że zaprasza się do studia ludzi znanych z tego, że są znani. Choć ich osiągnięcia budzą wątpliwości, jeśli w ogóle o jakichkolwiek osiągnięciach można mówić, przychodzą do programu wypowiadać się w eksperckim tonie. Rozumiem, że tak jest ten świat skonstruowany, że pojawiają się gwiazdy sezonu, które mają rzesze fanów na Instagramie i nawet jeśli, nie mają nic do powiedzenia, to wzbudzają zainteresowanie. Każda praca ma swoje mankamenty i w przypadku bycia prowadzącym program śniadaniowy, to jeden z nich. Jak pracowałem w tygodniku "Polityka" to też nie każdy tekst, który pisałem wzbudzał mój entuzjazm. I nie chodzi o jakieś kontrowersje, tylko temat wydawał mi się nudny, albo żywiłem irracjonalną niechęć do bohatera. Może pani też przewracała oczami jak dostała zadanie porozmawiania ze mną?

Mam to szczęście, że mogę sama wybierać sobie rozmówców. Zastanawiam się jednak, czy w mediach powinno się udzielać głosu każdemu

Moim kolegom z telewizji zdarzyło się kiedyś odmówić poprowadzenia rozmowy z Januszem Korwin-Mikkem. Stwierdzili, że z ludźmi, którzy mówią publicznie takie rzeczy, nie należy rozmawiać. I ja generalnie przyznaję im rację. Pytanie tylko, kto ma decydować o tym, jakie poglądy powinny być wygłaszane w przestrzeni publicznej, a jakie nie. Dla mnie Korwin- Mikke przekracza granice, ale dla niektórych nie. Ja jestem za wolnością słowa, ale prawda jest taka, że każda redakcja wyznacza sobie jakieś granice. Kiedy byłem naczelnym "Playboya", to pewni ludzie wstępu na łamy nie mieli.

Internet jednak wszystko zmienił, bo nawet jeśli ktoś nie ma wstępu na łamy gazet czy anteny telewizyjne, wciąż może mieć głos

Dokładnie tak, w czasach przedinternetowych było jasne, że pewnych rzeczy mówić czy pokazywać nie wypada, a pewnym ludziom nie udziela się głosu. Teraz jednak są media społecznościowe, blogi itd. więc głos może mieć każdy, nawet największy psychopata. Na Facebooku czy Twitterze każdy niezrównoważony osobnik może wykrzyczeć swoje.

Widział pan rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim w "Pytaniu na śniadanie"?

Widziałem. Słodziutkie to było.

Współczuł pan kolegom?

Jak ktoś pracuje w TVP, to chyba rozmowa z prezesem jest najwyższym zaszczytem, a nie powodem do współczucia.

W TVN zdarzają się takie PR-owe rozmowy mające na celu ocieplanie wizerunku?

Po wygranych w 2007 roku wyborach gościliśmy w "Dzień Dobry TVN" Donalda Tuska z rodziną. Ale to my konsumowaliśmy jego popularność, a nie na odwrót. I ja wtedy byłem zadowolony. Fajnie było poznać cała rodzinę Tusków z dziećmi, dla mnie to nie był żaden problem. Problemem pewnie byłoby, gdybym w miłej atmosferze miał porozmawiać ze Zbigniewem Ziobrą. Nie rozumiem jednak sytuacji, że prowadzący najpierw prowadził rozmowę, a później odżegnywał się od samego siebie. Zresztą ja bardzo chętnie porozmawiałbym z Jarosławem Kaczyńskim, ale nie o kotkach rzecz jasna. Niestety Jarosław Kaczyński rozmawia tylko z tymi, z którymi chce rozmawiać, podobnie zresztą jak Donald Tusk.

W 2011 roku Tusk chciał z panem rozmawiać mimo, iż chwilę wcześniej przejechał się pan na Facebooku po Platformie

Bo Tusk ma klasę i dystans do siebie, a ponadto wiedział, że generalnie jestem po jego stronie, tylko wkurzyłem się na afery, jakie wykręcała PO. Nie sądzę, że zgodziłby się na przyjście do mojego programu, gdyby wiedział, że ideologicznie bliżej mi do PiS-u. Choć wiedział, że będzie w programie – w "Drugim Śniadaniu Mistrzów" - niechętny mu Paweł Kukiz. A i cała rozmowa zdecydowanie nie była rozmową o kotkach. Opisuję to dokładnie w "Nietoperzu i suszonych cytrynach".

Jeśli jesteśmy przy ciekawych spotkaniach zawodowych, to ponoć zdarzyło się panu kiedyś odebrać telefon od Ryszarda Kapuścińskiego?

Tak. To było tuż przed moim rocznym wyjazdem do Afryki. Kiedy byłem jeszcze w Polsce, zadzwonił telefon stacjonarny i w słuchawce usłyszałem "dzień dobry panu, mówi Ryszard Kapuściński". O mały włos nie powiedziałem wówczas "a weź sp***aj" bowiem dosłownie chwilę wcześniej zostałem wkręcony przez moich kumpli, którzy podszywali się pod kiboli Legii grożących mi przestrzeleniem kolan, za reportaż, który rzekomo im się nie spodobał. Nabrałem się na to i przeżyłem chwile grozy, dlatego pierwsza moja myśl była taka, że to kolejny ich żart. Na szczęście coś mnie powstrzymało przed taka reakcją

Po co Kapuściński do pana dzwonił?

Bo jak powiedział, słyszał, że jadę do Afryki, a podobały mu się moje reportaże, które wcześniej czytał. Zaprosił do siebie i przez 2 albo 3 godziny dawał mi wskazówki i cenne kontakty, które umożliwiły mi na przykład napisanie reportażu o dzieciach żołnierzach w Ugandzie. Nie napisałbym tego reportażu w takiej formie, gdyby nie namiary od Kapuścińskiego. A kiedy od niego wychodziłem, wręczył mi kopertę. Zapytałem co to takiego, a on na to, że to stypendium na soft drinki. W kopercie było 300 dolarów. W tamtych czasach te 300 dolarów to było jak 3 tys. dolarów dzisiaj. Ogromna kwota dla mnie. Protestowałem, nie chciałem tego przyjąć, ale Kapuściński stwierdził, że jemu ktoś kiedyś pomógł, teraz on pomaga mnie, a później może ja komuś pomogę. Od tamtego czasu pomogłem wielu młodym osobom i myślę, że z nawiązką spłaciłem ten prezent. Później słyszałem, że jak Adam Wajrak jako młody chłopak jechał na Spitsbergen to Kapuściński podarował mu strzelbę.

Tęskni pan za reporterką?

Trochę tak, choć to bardziej sentyment i nostalgia. Zdaję sobie bowiem sprawę z całego pakietu tego zajęcia. Brakuje mi zbierania materiałów i tego, że później jak tekst się ukazuje, można go sobie przeczytać. Ale jest jeszcze cała masa kwestii, za którymi nie tęsknię, jak nieustający stres, częsta frustracja choćby przez to, że reportaże zawsze były bardzo słabo opłacane. Poza tym, reporterka była dobra na inny okres życia. Dziś mam inne priorytety, najważniejsza jest rodzina, dzieci, to żeby móc spędzać z nimi jak najwięcej czasu, póki oni chcą jeszcze spędzać go ze mną (śmiech). Choć w razie czego ten fach w ręku mam.