W imieniu organizatorów Konkursu - Telewizji Polskiej S.A., Polskiego Radia S.A. i Narodowego Centrum Kultury - wyjaśniono na stronie, że "decyzja (o wycofaniu książki - PAP) jest zgodna z §7 pkt. 3 regulaminu Konkursu". Paragraf 7 pkt. 3 regulaminu Konkursu brzmi: "Organizatorzy mogą odmówić przyjęcia książek lub wycofać je z Konkursu, jeżeli zostaną zidentyfikowane uchybienia wobec niniejszego Regulaminu".

W czwartek na swoim koncie na Twitterze o wycofaniu książki z konkursu poinformował także Piotr Zychowicz. "Szanowni Państwo, doszło do niebywałego skandalu. Mój >Wołyń zdradzony< został usunięty z konkursu Książka Historyczna Roku! Bez wiedzy jury. Wbrew prawu" - napisał. "Prowadziłem w głosowaniu Czytelników. Wszyscy zostaliśmy oszukani. Posunięto się do obrzydliwych metod, żebym tylko nie wygrał" - ocenił Zychowicz decyzję organizatorów konkursu.

Na Twitterze dr hab. Sławomir Cenckiewicz poinformował w czwartek o rezygnacji z pracy w jury konkursu. "Oszukano@ipngovpl, no i mnie - odchodzę z jury Nagrody Książka Historyczna Roku" - napisał. "Pamiętajcie ani ja, ani IPN i część członków jury w tej hucpie udziału nie brała!" - podkreślił, zapowiadając, że dziś jeszcze opisze "kulisy tej akcji". "Przecież z konkursu może wycofać książkę jury, gdyż to jury ją do konkursu dopuściło!" - wyjaśnił.

Piotr Zychowicz: To jest działalność w stylu PRL-u

To, co się wydarzyło jest nieprawdopodobnym skandalem i bez precedensu. Nigdy o czymś takim nie słyszałem. To zamach na zwykłą ludzką przyzwoitość - nie tylko na mnie i na moją książkę, ale przede wszystkim na wolność słowa w Polsce i wolność debaty publicznej - ocenił w rozmowie z PAP Piotr Zychowicz. To działalność w stylu PRL-u - podkreślił. Oszukano nie tylko mnie, ale oszukano również mnóstwo internautów, którzy na mnie głosowali, ponieważ konkurs miał formę głosowania internetowego - podkreślił.

Z informacji docierających do mnie wynika, że w TVP zebrał się jakiś rodzaj sądu kapturowego, który podjął taką decyzję, że za wszelką cenę i wszelkimi metodami należy powstrzymać mnie przed zwycięstwem w tym konkursie. I czekano do momentu, kiedy jasne stało się to, że mam przewagę w głosowaniu internautów, że ludziom się moja książka tak bardzo podoba, że moja pozycja już jest niezagrożona. I dopiero wówczas, używając mafijnej zakulisowej intrygi, bez wiedzy jury, którego nie poinformowano o tym, wycofano tę książkę z naruszeniem wszystkich zasad ludzkiej przyzwoitości - powiedział PAP Zychowicz.

To żałosne działanie ze strony tych ludzi, którzy - jak się dowiedziałem - uznali moją książkę za sprzeczną z polską racją stanu pojmowaną w sposób jakiejś kuriozalnej politycznej poprawności - dodał autor "Wołynia zdradzonego", zaznaczając, że przeciwnikom jego publikacji brakuje argumentów merytorycznych i dlatego "muszą się posuwać do zwykłych świństw". To jest działalność w stylu PRL-u - podkreślił Zychowicz.

Dodał też, że głosy oburzenia docierają do niego ze strony czytelników, w tym osób, które przeżyły zbrodnię wołyńską.

Cenckiewicz: Wolność musi dotyczyć wszystkich

Wolność musi dotyczyć wszystkich. Każdy ma prawo do napisania każdej książki, a o książkach trzeba dyskutować - mówi historyk dr hab. Sławomir Cenckiewicz, który zrezygnował z zasiadania w jury konkursu "Książka Historyczna Roku" po wycofaniu z niego książki Piotra Zychowicza "Wołyń zdradzony".

Ja zrezygnowałem, ponieważ z dokumentów jakie przesłał mi Antoni Dudek, który jest przewodniczącym jury, wynika, że jakby za tą decyzją stoi również Polskie Radio, a ja byłem jego przedstawicielem w jury. Nie wiem do teraz dlaczego Polskie Radio nie powiedziało mi, że są jakieś zastrzeżenia wobec tej książki, przecież te nominacje są znane ponad miesiąc (...). Mam wątpliwości prawne czy można było tak zrobić - mówił Cenckiewicz w Telewizji Republika.

Jak podkreślił, książka Zychowicza miała "wszystkie możliwości wygrania konkursu, bo wyprzedzała książkę kolejną w głosowaniu internautów o kilkaset głosów".

Jest to dla mnie bardzo przykre również z takiego powodu, że byłem trzykrotnym laureatem tej nagrody. I w zasadzie wszystkie nagrody w ramach tego konkursu otrzymałem w czasie, kiedy Polską rządziła koalicja bardzo mi niechętna. Bo wszystko to działo się po książce o Lechu Wałęsie. To jest straszny paradoks, bo różni członkowie jury w tamtym czasie informowali mnie pod jaką presją są, żeby w ogóle mojej książki nie dopuścić do konkursu, ale nigdy się nie ugięli - powiedział historyk.

W jego ocenie ta sytuacja jest gorsza, ponieważ w pewnym sensie "oszukano kilka tysięcy ludzi, którzy głosowali na tę książkę". Jeśli były różne etapy konkursu, kiedy można było wyeliminować tę książkę, to należało wtedy z tych możliwości, jakie daje regulamin skorzystać, a nie robić jakąś awanturę na kilka dni tak naprawdę przed rozstrzygnięciem konkursu. Każdy ma prawo do napisania każdej książki, a o książkach trzeba dyskutować - zauważył.

Postawa moja wynika z umiłowania wolności. Uważam, że wolność musi dotyczyć wszystkich. I wielokrotnie dawałem dowody tego, że stawałem w obronie ludzi, którzy poglądów moich w jakikolwiek sposób nie podzielają - podkreślił Cenckiewicz, zaznaczając równocześnie, iż uznaje książkę "Wołyń zdradzony" za jedną z najlepszych, "jeżeli nie najlepszą" książkę Zychowicza.



"Polskie władze tylko wtedy interesują się mordowaniem Polaków, jeśli..."

W swojej najnowszej książce "Wołyń zdradzony" Piotr Zychowicz postawił tezę, że dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę okrutnych zbrodni Ukraińskiej Powstańczej Armii. Książka, opublikowana przez Dom Wydawniczy "Rebis", 2 lipca br. trafiła do księgarń.

11 lipca br. minęło 76 lat od kulminacji zbrodni wołyńsko-galicyjskiej, w wyniku której ukraińscy nacjonaliści - w latach 1943-45 - zamordowali na Wołyniu i we wschodniej Galicji ok. 100 tysięcy Polaków - mężczyzn, kobiet i dzieci.

Ludobójstwa na Polakach dokonały kiepsko wyszkolone oddziały partyzanckie UPA i luźne watahy chłopów uzbrojone w widły, siekiery, cepy i inne tego typu prymitywne narzędzia rolnicze. I w 1943 roku przez kilka dobrych miesięcy całkowicie bezkarnie, bardzo okrutnie i na masową skalę wyrzynali oni Polaków. A jednocześnie od wielu lat karmi się nas opowieściami o tym, że Polskie Państwo Podziemne i jej zbrojne ramię Armia Krajowa były największe i najpotężniejsze w całej okupowanej Europie. Pojawia się zatem pytanie: jak to było możliwe? Gdzie wtedy była potęga polskiego podziemia, dlaczego tych ludzi nie wzięto w obronę? Odpowiedź, którą czytelnicy znajdą w mojej książce, jest tragiczna i po prostu rozdzierająca serce każdego człowieka mającego wrażliwość i empatię wobec ofiar - mówił w wywiadzie dla PAP Zychowicz.

W swojej najnowszej, liczącej ponad 450 stron publikacji autor opisuje nie tylko genezę zbrodni, pierwsze jej sygnały, które trafiały do dowództwa AK i były przez nie lekceważone oraz przebieg krwawych mordów UPA, ale także przytacza i załącza liczne relacje i dokumenty polskiego podziemia. Wskazując na propagandę sukcesu dotyczącą brawurowych akcji Polskiego Państwa Podziemnego zauważa, że "nikt nie kwapi się do zadania podstawowych pytań", jak dodaje, pytań niewygodnych i niepoprawnych politycznie. Pierwszym z nich, otwierającym książkę, jest dramatyczne pytanie bohaterki filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego": "Co to za podziemna armia, która chce walczyć z Niemcami, a nie jest w stanie ochronić kobiet i dzieci przed bandami uzbrojonymi w widły?".

Mottem książki jest fragment meldunku lwowskiego podziemia: "Polskie władze tylko wtedy interesują się mordowaniem Polaków, jeśli mordercami są Niemcy". W rozmowie z PAP Zychowicz przypomniał, że dowództwo Armii Krajowej zlekceważyło banderowskie zagrożenie, ponieważ wszystkie wysiłki skoncentrowano na szykowaniu przyszłego powstania. Dowódcy Armii Krajowej nie chcieli walczyć z UPA, by nie "trwonić" sił potrzebnych do walki z Niemcami.

Polskie Państwo Podziemne miało inne priorytety. Krótko mówiąc, priorytetem Armii Krajowej było szykowanie się do przyszłego powstania powszechnego - do akcji "Burza". Uważano po prostu, że to jest najważniejsze i stąd wynikała ta bierna postawa AK na Wołyniu, ale najgorsze jest to, że od końca 1942 roku napływały ostrzeżenia, a później już, w 1943 roku, dramatyczne prośby o ratunek od Wołyniaków. Niestety, zignorowano nie tylko ostrzeżenia, ale również informacje o pierwszych zbrodniach - powiedział Zychowicz, dodając, że dowódcy AK początkowo sądzili, że z banderowcami uda się dojść do porozumienia, natomiast ich interwencja, do której w końcu doszło, ale już po tragicznej kulminacji zbrodni z 11 lipca 1943 r., była mocno spóźniona.

Moja książka nie jest oskarżeniem żołnierzy Armii Krajowej, lecz jest wymierzona w ich dowódców - oficerów od stopnia pułkownika w górę, którzy podejmowali takie, a nie inne decyzje w Komendzie Głównej Armii Krajowej - podkreślił Zychowicz.