Urodzona w Japonii Belgijka to ekscentryczka, swego czasu "szczęśliwa anorektyczka i alkoholiczka", ale przede wszystkim jednoosobowa firma produkcji książek (co rok, to powieść). W wydanym w 1999 roku "Z pokorą i uniżeniem" pisała o koszmarze pracy w azjatyckiej korporacji i absurdach wynikających ze zderzenia dwóch nieprzystających do siebie mentalności - wschodniej i zachodniej. W nowej powieści "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" wraca do swego zawodowego pobytu w kraju Kwitnącej Wiśni na przełomie lat 80. i 90., tyle że skupia się na dziejach romansu z tamtejszym studentem romanistyki - Rinrim.

Reklama

W tej quasi-autobiograficznej historii miłosnej (jej bohaterka nosi imię i nazwisko autorki) nic nie jest standardowe i schematyczne. Przede wszystkim Amélie odżegnuje się od (bardzo francuskiego) słowa "miłość". Nie można bowiem kochać kogoś, kto jest pozbawiony zła (to jak z potrawami, które, by mogły smakować, potrzebują odrobiny octu - tłumaczy autorka). Z pomocą przychodzi język japoński. Istnieje w nim określenie "koi", tłumaczone jako "upodobanie", to lepiej oddaje sedno tej dziwnej relacji. Rinri wolałby jednak otrzymać nieco więcej uczuć bardziej tradycyjnych, co próbuje uzmysłowić dziewczynie, dając jej pierścionek zaręczynowy. Ale z pisarkami nie ma łatwo. Chciałyby - zdaje się - po prostu ogłosić moratorium na słowo "więzy"!

Perypetie uczuciowe to właściwie pretekst do ukazania zabawnych różnic kulturowych między Krajem Kwitnącej Wiśni a Belgią. Nothomb jak zwykle oszczędnie, zabawnie i błyskotliwie podsumowuje to, co staje się jej codziennym udziałem. Niuanse gastronomiczne, artystyczne i rodzinne, wśród których znajdują się istne perełki. Choćby moment, gdy Amélie pyta swojego wybranka, co Japończycy sądzą o papieżu. - Nic - odpowiada ten beznamiętnie. Od tej pory, kiedy tylko Nothomb widzi w telewizji biskupa Rzymu, komentuje: "Oto człowiek, na temat którego sto dwadzieścia milionów Japończyków nic nie myśli".

Belgijska autorka perfekcyjnie opanowała sztukę pisania krótkich form prozatorskich - wycyzelowanych, dopieszczonych, precyzyjnych. Czytając jej książki, odnosi się wrażenie, że literatura stanowi dla niej elegancką i inteligentną rozrywkę. Wszystko dobrze, do czasu, gdy ta lekkość nie robi się nieznośna. Niestety, "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" szybuje niekiedy w rejony niebezpiecznie błahe. Właściwie poza szacunkiem dla kunsztu autorki, która do perfekcji opanowała sztukę usuwania z tekstu zbędnych słów i jej umiejętności podglądania świata ze sporą dawką humoru i złośliwości, lektura tej książki przebiega bezrefleksyjnie. Dobrze, że całość spina ładną klamrą udane (a nawet wzruszające!) zakończenie. Generalnie Nothomb trzyma poziom, chociaż jej ostatnie dzieło nie daje takiej satysfakcji jak choćby debiutancka "Higiena mordercy".

Ani z widzenia, ani ze słyszenia

(Ni d’Eve ni d’Adam)

Amélie Nothomb, przeł. Joanna Polachowska, Muza 2008