Należę do najgorszej kategorii czytelników - zaginam rogi w książkach, kładę je otwarte kartkami do spodu, kreślę po nich ołówkiem. Ale to jeszcze nic: w moich zbiorach panuje chaos, a próby jego okiełznania wytwarzają jedynie większy nieporządek, książki nie tylko stoją u mnie na półkach w ordynarnych dwóch rzędach, lecz także leżą w nieregularnie ukształtowanych stosach; nawet jeśli pamiętam, gdzie znajduje się jakiś tytuł, dotarcie do niego wymaga często prac o charakterze górniczym. Na myśl, że miałbym ten bezkształtny papierowy masyw spakować i dokądkolwiek przeprowadzić, robi mi się słabo. Łatwiej byłoby przenieść Karpaty. Do tego dochodzi to wojenne zdjęcie z Ukrainy, które nie może mi wyjść z głowy: wyrwana przez rosyjską bombę ściana domu, za nią regał z ciasno upchanymi książkami.
To powoduje, że czuję się nieco dziwnie, kiedy czytam następujące zdania: „Moja ostatnia biblioteka mieściła się w małej (...), ustronnej wiosce na południu francuskiej Doliny Loary, na terenie starej kamiennej plebanii. (...) Wiekowa stodoła, której kamienie nosiły ślady sygnatur jej piętnastowiecznych budowniczych, mieściła mój księgozbiór przez niemal piętnaście lat”. Moja biblioteka mieści się w bloku z wielkiej płyty i ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej przypomina śmietnik.

Szczerze pokochać

A jednak - biblioteka to biblioteka. Nawet biblioteki skrajnie do siebie niepodobne mają mnóstwo cech wspólnych. Biblioteki różnią się od siebie jak psy - jeden ma dwa metry w kłębie i rodowód od wczesnego średniowiecza, drugi: pięciocentymetrowe łapki oraz - widoczną na pierwszy rzut oka - skomplikowaną genetyczną historię wiejskich romansów. Ale, przynajmniej teoretycznie, mogą się szczerze pokochać i rozmnożyć. To nadal ten sam gatunek.
Reklama