Pisać o Don Kichocie to jak sondować ocean za pomocą słomki – co wydaje się łatwe, kiedy stoimy w wodzie po kostki, za plecami mając bezpieczną plażę. Problem w tym, że realne pytania i odpowiedzi kryją się w zimnych głębinach.

Reklama

Dwa tomy powieści Miguela Cervantesa "Przemyślny szlachcic Don Kichot z Manczy” ukazały się, odpowiednio, w latach 1605 i 1615. Przez cztery stulecia przygody Rycerza Smętnego Oblicza (bądź Żałosnego, jak postuluje Wojciech Charchalis, autor najnowszego tłumaczenia) obrosły tak grubą warstwą interpretacji, że nie sposób już czytać tej książki tak jak jej pierwsi odbiorcy. Ów paradoks – że wprawdzie wszyscy jesteśmy przekonani, iż rozumiemy, ale każdy rozumie co innego – w przypadku "Don Kichota” jest szczególnie widoczny, ponieważ dzieło Cervantesa przez swoją nieoczywistość i wielowymiarowość wręcz zaprasza do snucia rozmaitych hipotez ex post.

Być Cervantesem

A gdyby przyjąć założenie, że aby w pełni pojąć jakiś tekst, należy go po prostu jeszcze raz… napisać? To punkt wyjścia opowiadania Jorge Luisa Borgesa "Pierre Menard, autor Don Kichota” (oryg. 1939). Tytułowy bohater, pośledni raczej literat, tłumacz i krytyk z Nîmes, skrycie poświęca się pewnemu pisarskiemu projektowi. "Dzieło to (...) składa się z dziewiątego i trzydziestego ósmego rozdziału »Don Kichota« oraz fragmentu rozdziału dwudziestego drugiego. (...) Nie pragnął ułożyć innego »Don Kichota« – co byłoby łatwe – lecz właśnie »Don Kichota«. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się – słowo w słowo i zdanie po zdaniu – ze stronicami Miguela de Cervantes” (przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski). Najpierw Menard przyjął zdroworozsądkowe założenie, że do napisania „Don Kichota” konieczne jest osobiste odegranie biografii Cervantesa ("poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918, być Miguelem de Cervantes”). Potem jednak doszedł do wniosku, że to także byłoby zbyt proste, bo "Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do »Don Kichota« wydało mu się mniej trudne – a więc mniej interesujące – niż pozostać Pierre Menardem i dojść do »Don Kichota« poprzez doświadczenia Pierre Menarda”. Tak czy owak, Menard osiąga swój cel, przynajmniej w owych dwóch rozdziałach (i fragmencie trzeciego). "Teksty Cervantesa i Menarda są pod względem słownym identyczne, ale ten drugi jest niemal nieskończenie bogatszy” – powiada narrator i porównuje tak samo brzmiące fragmenty, z których ów napisany przez Menarda zawiera w sobie cały ciężar kontekstu i tradycji, artystycznej archaizacji języka, straceńczej odwagi antyplagiatora. Ironia Borgesa – i szczególna donkiszoteria jego bohatera – polegają na tym, że owszem, można, przeciwstawiając się entropii, strawić życie na czynności, na którą laik poświęciłby z grubsza dwie godziny (przepisując wspomniane rozdziały "Don Kichota”), a i tak stanąć bezradnie wobec realnego znaczenia nagiego tekstu.

Wszyscy jesteśmy przekonani, że go rozumiemy, ale każdy rozumie co innego. Tak jest z "Don Kichotem”

CZYTAJ WIĘCEJ W NAJNOWSZYM WYDANIU DGP>>>