Dziennik Gazeta Prawana logo

Marek Kalita: Błądzenie jest wartością

14 czerwca 2009, 18:22
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
W warszawskim Teatrze Konsekwentnym 13 czerwca premiera głośnych „Zbombardowanych”. Spektakl zrywa z tradycją wystawiania sztuk Sarah Kane, o czym opowiada reżyser Marek Kalita.

Na pewno coś w tym jest. Współprowadziłem w Krakowie Teatr Bueckleina, wcześniej Teatr Strefa, często pracowaliśmy nad tekstami Becketta, a to przecież także autor portretujący swoich bohaterów wobec takich sytuacji. Adaptowałem też fragmenty „Zbrodni i kary” Dostojewskiego w spektaklu „Raskolnikow”. Jednak nie planuję z góry pracy nad takimi tekstami. To wychodzi ze mnie i każe zajmować się tego rodzaju tematami. Kieruje mną intuicja. Kiedy przeczytałem „Kolekcjonera” Fowlesa, wiedziałem, że chcę na jego podstawie napisać tekst, powstała „Kalimorfa”.

Dystansuję się od tych wszystkich funkcjonujących w obiegu określeń – „brutaliści”, „Sarah Kane – modna autorka”. Nie znam się na tym i prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. „Zbombardowani” to utwór bardzo bolesny i rzecz nie w tym, że ktoś kogoś gwałci na scenie. Ten tekst mnie wzrusza. Dotychczas sztuki Kane pokazywano zwykle w sposób realistyczny czy wręcz naturalistyczny. I stąd te wszystkie etykiety stosowane wobec opartych na nich przedstawień. Myślę, że prawdziwą drogą jest to, co w „Oczyszczonych” zrobił Krzysztof Warlikowski. W swoim spektaklu próbuję iść w podobnym kierunku. Sądzę, że Kane nie można realizować „na goło”. Potwornie trudno jest połączyć wpisane w ten tekst okrucieństwo ze zrozumieniem wobec bohaterów. Trzeba uważnie ją czytać, bowiem w istocie jej dramaty nie są wcale naturalistyczne. Między wierszami czai się cała warstwa symboliczna i tylko trzeba spróbować do niej dotrzeć. Pinter pisał, że Sarah Kane to nowy Beckett. U niego też są okrucieństwo i poezja jednocześnie.

Ja się nimi wzruszam. Interesuje mnie w teatrze próba przemiany, choćby nieudana. Bohater „Kalimorfy” chciał być kimś innym, wymarzył sobie własne przeistoczenie w motyla. Kiedy okazało się, że to niemożliwe, pogrążył się we okrutnej grze we władzę. Z Kane jest podobnie. Nie chcemy przez „Zbombardowanych” epatować brutalnością. Chcemy opowiadać o ludziach: ich rozpaczy, miłości, pragnieniu miłości, umieraniu. Wiem, że bezpośrednim impulsem dla autorki do napisania tej sztuki było zdjęcie kobiety powieszonej na drzewie podczas wojny w Bośni. Trzymała je na swoim biurku, pisząc tekst, chyba długo nie mogła sobie z nim poradzić. Pomyślałem, że przecież ktoś to zdjęcie zrobił. Co by było, gdyby opowiedzieć jego historię – kim był, co się z nim stało. Próbować odtworzyć ostatni tydzień z jego życia – tydzień umierania.

Tak mi się wydaje. To, o czym teraz mówimy, to efekt sceniczny. Wcześniej trzeba przejść wewnętrzną drogę, głęboko drążyć siebie. Czasem się to udaje, innym razem nie. Można przecież przez cały czas pozostać na poziomie wstępnej konstatacji: tak, świat jest brutalny. Próbowaliśmy pójść dalej, pracując z aktorami. „Zbombardowani” to próba teatru wewnętrznego. Ważna jest droga jego powstawania.

No właśnie, one przychodzą. Trafiam na nie – to chyba sprawa owej intuicji. Reżyseria to przecież nie jest mój zawód. Byłem aktorem Starego Teatru w Krakowie, potem Rozmaitości, teraz Nowego Teatru. Czułem potrzebę zakładania teatrów offowych, a teraz raz na jakiś czas czuję potrzebę reżyserowania. Traktuję to znowu jako drogę, przede wszystkim do poznania siebie. Tym razem uświadomiłem sobie, że nie znam żadnych odpowiedzi na pytania, które stawia Sarah Kane. Nie mówię, że pójdę do wojska albo zapiszę się do organizacji pacyfistycznej, ale ona każe mi myśleć o wojnie, o zabijaniu. Jakoś się wobec tego określić. To bardzo trudne.

W jakiejś mierze na pewno tak. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem, ponieważ spotkałem na swojej drodze Krystiana Lupę, Andrzeja Wajdę, wreszcie Jerzego Jarockiego, który jest mi szczególnie bliski, bo był aktorem i z aktorami wspaniale pracował. Reżyser musi zapewnić aktorowi komfort, bezpieczeństwo. Potem spotkałem Krzyśka Warlikowskiego i Grzegorza Jarzynę. U Jarzyny zawsze najbardziej pociągały mnie emocje, na których buduje swe przedstawienia. A Warlikowski próbuje wypowiedzi bardziej filozoficznej, pociąga mnie jego pasja rozmowy o teatrze. U niego próby nigdy się nie kończą. Spektakle zmieniają się fundamentalnie.

O właśnie, jeszcze reżyser Gadi Roll. Przypominałem sobie o tej pracy właśnie teraz, próbując „Zbombardowanych”, bo przecież Sarah Kane nie wzięła się znikąd. Wcześniej był Pinter, był Bond. A Gadi wyczuł w „Ocalonych” przedziwną muzykę tekstu. Coś podobnego jest i u Kane. Także to nakłada na te teksty poezję.

Niczego nigdy nie zakładam. Aktorstwa i reżyserowania nigdy nie oddzielałem, zawsze udawało mi się robić jedno i drugie. Owszem, reżyserując można powiedzieć więcej, niż tylko grając. I mówić własnym głosem. Tym bardziej że do moich przedstawień sam robię scenografię, więc jest to próba wypowiedzi, która łączy wszystkie sfery. Muszę wymagać przede wszystkim od siebie, bo dopiero wtedy zyskuję prawo do czegokolwiek.

Dość długo. Złożyły się na to także przyczyny techniczne i losowe, ale poza tym takie przedstawienie musi mieć swój czas. Czasem trzeba pobłądzić, bo błądzenie też jest wartością.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj