Jest podstawowe zagadnienie w życiu aktora – musi uprawiać zawód. Jak nie ma propozycji, to nie uprawia zawodu i strasznie cierpi. Każda propozycja to posunięcie do przodu. Dlatego warto to grać.
Nazwisko autora chyba nie jest nikomu obce. Dodatkowym magnesem było spotkanie z Teresą Budzisz-Krzyżanowską – spotykamy się na scenie po raz pierwszy.
Z tym pytaniem proszę udać się do gabinetu dyrektor Cywińskiej.
Ale nie wracam dziś do tego. Zmienił się świat, zmienił się model funkcjonowania w teatrze. Dziś dom w teatrze jest niemożliwy do osiągnięcia.
Bardzo ciężko, ale powoli swoją „rzepkę skrobię”.
Zawsze jest nadzieja w człowieku, że coś wykwitnie, wybuchnie, pokażą się na niebie fajerwerki. Bez tego nie dało by się uprawiać tego zawodu. Nie mam za to złudzeń, że wszyscy będą do
mnie pchali się drzwiami i oknami. Dlatego czekam, być może coś się wydarzy. Mam uszy nastawione i oczy szeroko otwarte.
Wykonywać ten zawód z czystym sumieniem nie jest prosto. Wątpliwości nachodzą mnie bez przerwy, pytam siebie: „po co ja się tym w ogóle zajmuję?”. Ale uwielbiam pracować
z młodymi reżyserami. Takie spotkania to wyzwanie, ponieważ wzajemnie się od siebie uczymy.
Niezwykłej beztroski i oszalałego spojrzenia na to, co się dzieje i w nich samych, i wokoło. Podziwiam ich ogień, że tak straszliwie się dobijają, żeby siebie wyrazić. A ja wtedy jestem
tylko tzw. osobą wspomagającą, przy okazji zagospodarowuję swoje małe poletko.
Ten duch ciągle jeszcze przemyka, jest jeszcze miejscami osiągalny. Chociaż zwykle każdy pilnuje swoich interesów. Dzisiejsze czasy zresztą nie służą zespołowości. Są to czasy raczej na
skrzykiwanie się poszczególnych osobników do wykonania czegoś…
Tu akurat jest odwrotnie. Bo z góry wiadomo, co tu serwują i dla kogo. Przychodzimy, bo to jest piękne miejsce. Nie ma drugiego takiego w Warszawie.
Nie przykładałbym etykietki do tego miejsca. To bardzo uczciwa i rzetelna jednostka administracyjna na mapie teatralnej stolicy. Jest przecież pewien rodzaj widza, który ma ogromną chęć
spotkania się właśnie z takimi sztukami i aktorami, takim referowaniem teatru – takim, czyli wysokim i kulturalnym. Raczej nie biega się tu z obnażonymi narządami rodnymi i nie opluwa
się siebie nawzajem i nie wywala bebechów na widza. Tylko oszczędnymi środkami proponuje niezłą literaturę i ważne problemy.
Absolutnie nie. Jest jeszcze kilka podobnych miejsc w stolicy, tyle tylko, że są to większe przedsiębiorstwa, które zatrudniają nie dwoje czy troje aktorów, a 20 czy 50 plus sztab
pomocników.
Tak, tylko przy tym wszystkim, co on wyraża, bardzo bym chciała, co czasami się udaje, żeby przekazywać myśl. Myśl, która jest zrozumiale wyeksplikowana.
Musiałam opuścić Teatr Dramatyczny. Przyszedł tam ktoś, kto rozwalił teatr w sposób karczemny. Po raz kolejny straciłam miejsce, w którym bardzo przyjemnie mi się pracowało. Zaczęłam
więc chodzić i szukać nowego miejsca.
Ekskluzywnie jest powiedzieć, bo takie okoliczności… bo okrutnie ktoś się zachował itp... Ale gdyby nie to, może stało by się coś innego? Do Dramatycznego wracałam z pięć razy
– po dyrekcji Gustawa Holoubka wróciłam do Zbyszka Zapasiewicza, potem do Piotra Cieślaka. Ale już dosyć.
Pani Iza Cywińska wyciągnęła do mnie dłoń. I powiedziała: „Proszę…”.
To zależy od wielu czynników, polityka teatralna poszczególnych dyrektorów itd. To dość okrutny zawód. Ale zawsze tak było.
To i tak dużo, bo przecież bywały sezony, w których nic nie zagrałam. Nie narzekam.