Artyści rozliczają się ze zbiorowymi sentymentami i tęsknotami za modernistycznymi landmarkami. Na pięć minut przed wielkim burzeniem powstają projekty o dziedzictwie powojennej architektury. Gdzie nie starcza woli konserwatorskiej i urbanistycznej, do głosu dochodzi sztuka.

Na pierwszy rzut oka warszawski wieżowiec Ciechu u zbiegu Powązkowskiej i Elbląskiej wygląda jak szyb futurystycznej kopalni – wielka, odwrócona piramida z zygzakowatą, oszkloną klatką schodową. Wrażenie wcale nie mija po bliższym oglądzie, to po prostu szalona architektura z czasów, kiedy technologiczna ostentacja i polityczne decyzje były ważniejsze od ergonomii i funkcjonalności. Budynek powstawał od lat 70. do 90. według projektu zrealizowanego wcześniej w Czechosłowacji. W latach 80., jeszcze nie w pełni ukończony, służył jako jedna z central handlu zagranicznego. Teraz, niespełna dwie dekady po zamknięciu budowy, ma przejść do historii – Ciech na początku kwietnia wystawi go na sprzedaż (cena wywoławcza: 25 mln zł), z założeniem, że nowy inwestor będzie musiał rozebrać biurowiec. Tę sytuację architektonicznej i ideologicznej zmiany warty wykorzystał Nicolas Grospierre, artysta, który pieczołowicie wynajduje zapomniane, ale aż gęste od historycznych kontekstów powojenne, polskie modernistyczne budynki i odmienia je za pomocą instalacji opartych na fotografii i iluzyjnych efektach.

Setki metrów rozbiórki

Trzy lata temu Grospierre razem z Olgą Mokrzycką zawłaszczył w ten sposób zamknięte zaplecze trybuny honorowej pod Pałacem Kultury i Nauki i pokazał w niej "Mauzoleum" – fototapety z motywami autentycznych trofeów myśliwskich jednego z gruzińskich oligarchów. Rok wcześniej zdjęcia książek wstawił do starego warszawskiego antykwariatu, tworząc za ich pomocą przestrzeń przypominającą wielki biblioteczny labirynt ("Biblioteka", 2006).

Teraz w budynku Ciechu pokazał instalację bardziej kameralną niż poprzednie; taką, która nie funduje widzowi wizualnych fajerwerków, ale silne zaskoczenie i konfrontacje z setkami metrów architektury skazanej na rozbiórkę. Kiedy przemierzymy już wielki marmurowy hall, miniemy oczko wodne z grzybiastymi fontannami i kręty korytarz, zobaczymy dobrze ukrytą "Szklaną pułapkę".

To wielka gablota, fragment oryginalnego wystroju biurowca. Wewnątrz szklanej konstrukcji umieszczone zostały zwykłe doniczkowe kwiaty. Dopiero po chwili widać, że zieleni w środku jest znacznie więcej, niż wskazywałyby na to zewnętrzne wymiary akwarium. Za efekt odpowiada system wewnętrznych jednostronnych luster i luster weneckich. Umieszczono je tak zmyślnie, że nie tylko wyczarowują z kilku doniczek bujny zagajnik, ale też całkowicie wymazują ze zwierciadlanej konstrukcji widza. Tam, gdzie na zdrową logikę powinno być jego odbicie, widać tylko multiplikowanego fikusa i nic więcej.

To mocno schizofreniczne uczucie, oszczędna i nieprzegadana metafora znikania. Takiego, które czeka biurowiec Ciechu i prawdopodobnie niezliczone inne powojenne budynki różnej klasy – od poślednich prekursorów współczesnych gargameli (to chyba przypadek biurowca przy Powązkowskiej) po świetną architekturę i znane landmarki, takie jak warszawska Rotunda. Gdy pod koniec stycznia zarząd PKO BP, banku zajmującego budynek, ogłosił plan jego wyburzenia, błyskawicznie pojawił się społeczny protest. Pod petycją o zaniechanie projektu wyburzenia Rotundy podpisało się ponad 600 tysięcy osób.

>>> Czytaj dalej


Pułapka na fali

Wygląda na to, że "Szklana pułapka" Grospierre’a powstała na fali takich nastrojów. Jeszcze kilka lat temu artyści przepracowywali wizualne kody modernistycznej architektury w prosty sposób – wyszukując w niej rozpoznawalną estetyczną jakość, wspólne dziedzictwo; odzierali ją z ideologicznego kontekstu, a zwracali uwagę na to, że architektoniczne detale – mozaiki, neony, witryny – z lat powojennych były po prostu pięknymi projektami. Tak działał Mikołaj Długosz, publikując album "Pogoda ładna, aż żal wyjeżdżać" (2006) – zbiór pocztówek z epoki, ukazujących kurorty polskie z lat 70. i 80., a ściślej daszki, pergole, pensjonatowe kawiarnie i przystanie sfotografowane na przyżółconych kliszach.

W tym samym czasie Nicolas Grospierre przypatrywał się współczesnym losom realizacji architektonicznych z PRL-u – fotografował stare biurowce, powtarzające się moduły wielkich blokowisk, opuszczone wnętrza odremontowanego w latach 50. warszawskiego Hotelu Europejskiego, a Julita Wójcik robiła na szydełku wyestetyzowany model jednego z najdłuższych bloków mieszkalnych w Polsce.

Najbardziej niestrudzoną i refleksyjną odkrywczynią polskiej architektury modernistycznej była Paulina Ołowska, która w 2006 r. przy wsparciu Fundacji Galerii Foksal odnowiła jeden z warszawskich neonów na placu Konstytucji ("Siatkarka"). Dziś stwierdzenie, że modernistyczna architektura to nie dopust Boży, ale wizualny kanon, to w świecie sztuki oczywistość, i bywa kwitowane ziewnięciem.

Ginącemu światu

I dlatego artystyczne projekty inspirowane budowlami PRL-u zmieniły swój zakres – nie są nastawione na rewaloryzowanie i zmienianie znaczeń, ale na opowieść o świecie, który nieodwołalnie ginie, tak jak w instalacji Grospierre’a. We wrześniu zeszłego roku w ramach festiwalu "Warszawa w budowie" Katarzyna Przezwańska pomalowała nieużywany korytarz łączący siedzibę warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej z domem meblowym Emilia na zdecydowany, żółty kolor z akcentami fioletu. Innym, niezrealizowanym projektem Przezwańskiej było pokrycie zdewastowanych witryn wzdłuż ulicy Emilii Plater płaszczyznami koloru.

Część PRL-owskich budowli nie ma już funkcji, niektóre nieodwołalnie wchłonie, zdewastuje i przebuduje miasto – o tym właśnie są prace artystki. Jeszcze dobitniej tę obserwację wyartykułowała młoda designerka Magdalena Łapińska, tworząc ceramiczne modele modernistycznych warszawskich budowli: Rotundy, domu meblowego Emilia, Dworca Centralnego, ale też już zburzonych: kina Skarpa i Supersamu. Figurki można kupić za mniej niż 100 złotych m.in. w warszawskiej siedzibie Fundacji Bęc Zmiana i ustawić je sobie na półce jako pamiątkę po architekturze, która kiedyś była wspólnym doświadczeniem.

Sztuka i socmoderna

"Siatkarka" Pauliny Ołowskiej (2006) – pierwszy ważny artystyczny ukłon w stronę polskiej moderny jako idealistycznego i dyskredytowanego okresu. Ołowska odnowiła nieczynny neon przy placu Konstytucji w Warszawie. Działa do dziś.

"Falowiec" Julity Wójcik (2006) – szydełkowa makieta jednego z najdłuższych bloków w Polsce, trójmiejskiego "Falowca". Praca o tym, jak można ocieplić i udomowić surowy beton. Różowy kolor to nawiązanie do kolorystyki typowych ręcznych robótek.

Modele warszawskich budynków Magdaleny Łapińskiej (2009) – ceramiczne budynki to tylko na pozór miejski gadżet na wzór tych, które można kupić w większości europejskich stolic. Łapińska zamieniła w symbole to, co już zniknęło: Supersam, kino Skarpa.

"Szklana pułapka" Nicolas Grospierre, czynne do 31 marca