„Opowieść podręcznej”, która niedawno ukazała się w Polsce, to z pewnością najsłynniejsza pani książka. Cenią ją przede wszystkim feministki. Dla mnie ta powieść jest bardzo tajemnicza.
Margaret Atwood

W Polsce wielu ludzi się dziwi, słysząc o braku wolności w Ameryce. A taką perspektywę można często znaleźć w pani książkach. Ciekawe, że niedawno alternatywną historię Ameryki XX wieku wymyślił Philip Roth w „A Plot Against America”. U niego także jest w tej historii totalitaryzm...
Ale to jest książka o przeszłości.

Tak, to powieść o tym, co by się stało w Ameryce, gdyby w 1939 r. prezydentem nie został Roosevelt, lecz antysemita Lindbergh. Pani napisała futurystyczną powieść o fikcyjnym reżimie Gilead, gdzie kobiety służą tylko do rodzenia dzieci. Jednak obie książki łączy szukanie w historii Ameryki zapowiedzi totalitaryzmu. Polskim czytelnikom takie poszukiwania mogą się wydać dziwne, ponieważ przyzwyczailiśmy się, że Ameryka jest symbolem wolności, a totalitaryzm pochodził zupełnie skądinąd.
- Oczywiście. Ale Ameryka zaczęła od totalitaryzmu. Na początku swojego istnienia poza epizodem purytańskiej teokracji miała także niewolnictwo na południu. Wiele z motywów, których używałam w „Opowieści podręcznej”, pochodzi właśnie z okresu niewolnictwa. Niewolnicy, na przykład, nie mieli prawa czytać. Z amerykańskiej historii pochodzi też w mojej książce poligamia – jedyna religia, która powstała na amerykańskiej ziemi, to mormonizm, a więc religia poligamiczna. Pytanie brzmi: gdyby powtórzył się tutaj ów historyczny motyw, który towarzyszył ludziom w wielu kulturach i w różnych czasach, i o którym w Ameryce zawsze myślano, że na jej ziemi nie może się zdarzyć, to jaką formę by przyjął? Gdyby zdarzył się w Ameryce totalitaryzm – to jaki? Prawie na pewno nie przyjąłby formy komunizmu, bo w Ameryce na komunizm nikt by się nie dał złapać. A po to, żeby stworzyć system totalitarny, konieczna jest sprzyjająca postawa przynajmniej 30 proc. populacji. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że totalitaryzm w Ameryce przyjąłby formę quasi-religijną, protestancką. Bo to należy do amerykańskiego dziedzictwa kulturowego, bo można ludzi na to namówić.

A więc, obserwując amerykańskie społeczeństwo, widzi pani pewne niebezpieczeństwa, które mu zagrażają.
- To nie jest tylko sprawa Ameryki. Takie niebezpieczeństwo istnieje w każdym społeczeństwie znajdującym się w sytuacji napięcia. Ludzie zwracają się wtedy w stronę silnego przywódcy. Stało się tak po 11 września, ale przywódca okazał się nie dość silny, popełnił zbyt wiele błędów.

Zna pani książki Michela Houellebecqa. On widzi w zachodnim świecie podobne zagrożenia, ale ma do nich całkiem przeciwny stosunek.
- A jaki jest jego stosunek?

Pani stara się powiedzieć, że musimy pilnować wolności, bo łatwo ją stracić. Natomiast Houellebecq, a w każdym razie jego literackie porte-parole, uważa, że w naszym społeczeństwie jest zbyt dużo wolności – bo ta wolność wiąże się z indywidualizmem, który z kolei jest źródłem cierpień.
- Ale to też jest w mojej książce.

Tak, pamiętam. Jednym z powodów, dla których wprowadzono reżim Gilead, był zbyt rozwinięty indywidualizm prowadzący do przesadnej rywalizacji seksualnej. To dokładnie temat Houellebecqa. Ale człowiek Houellebecqowski uważa, że tej wolności jest za dużo.
- Ludzie, którzy piszą, że jest zbyt dużo wolności, najczęściej uważają, że wolność powinna zostać odebrana – ale tylko innym. Ludzie, którzy mają takie ciągoty, zawsze chcą sami decydować, dlaczego i komu wolność powinna być odebrana. Na tym polega problem.

Czy jest jakaś szczególnie istotna kwestia egzystencjalna, którą ściga pani w swojej twórczości?
- Takich rzeczy się nie zdradza.

Nie chodzi mi o fakty biograficzne, ale o zagadnienie egzystencjalne...
- Tego też się nie mówi.

Mam oczywiście własną teorię.
- Może mieć pani swoją teorię, bo jest pani wolna. Nie chcę zabierać pani tej wolności i nie chciałabym jej ograniczać, a tak by się stało, gdybym pani opowiedziała swoją teorię. Myślenie o sobie w sensie analizy literackiej jest dla pisarza destrukcyjne. Moment, kiedy staje się przedmiotem swojej własnej analizy, to moment, kiedy przestaje się pisać.

Więc dla pani pisanie odbywa się obok tego co najistotniejsze?
- Nie mam potrzeby, żeby w to wchodzić. Ludzie zawsze próbują zmusić pisarzy, żeby powiedzieli, dlaczego są pisarzami. Dlaczego chce pani wiedzieć, dlaczego ktoś coś robi?

Dlatego że i dla mnie, i dla wielu osób najbardziej interesującą rzeczą w literaturze jest szukanie tego, co się kryje pod spodem.
- To dlatego że znajduje się pani po stronie analitycznej – a ja znajduję się po stronie twórczej. Podstawowy problem dla pisarza brzmi zawsze: co będzie na stronie nr 2, a nie: dlaczego napisałem stronę nr 1?

Ale przecież wielu pisarzy podchodzi do swojej twórczości bardzo analitycznie.
- W „Negotiating with the Dead” podałam wiele przykładów, które różni pisarze podawali jako źródła swojej twórczości. Ale myśli pani, że mówili prawdę? Nie sądzę. Jest wielka liczba takich motywów zależnych zresztą od epoki historycznej. Gdyby ktoś zapytał pisarza w komunistycznej Polsce, dlaczego pisze, powiedziałby może: – „żeby służyć ludowi”. Jeśli o mnie chodzi, możemy mówić tylko o tym, dlaczego zostałam pisarką, a nie zajęłam się inną sztuką: bo mój ojciec był entomologiem i mieszkaliśmy w lesie. Książki były jedynym rodzajem sztuki, jaki miałam okazję poznać. Ale mogłabym tak samo się wychować i nigdy nie napisać ani jednego słowa.

No trudno. Bardzo dziękuję za rozmowę.
- Bardzo proszę.

Wyślę pani ten wywiad, kiedy się ukaże.
- Bardzo by mi było miło.

Czy wysłać go pani najpierw do autoryzacji?
- Nie. Tak jak powiedziałam, nie mogę kontrolować tego, co pani pisze.

Ale wywiad, po publikacji, chciałaby pani dostać?
- Tak, wszystko zachowuję w swojej biblioteczce. Ktoś kiedyś może być zainteresowany tym, co pani miała do powiedzenia w 2006 r.

Chyba tym, co pani miała do powiedzenia.
- Nie, raczej tym, co pani miała do powiedzenia...

---------------------------------
Margaret Atwood nazywana królową kanadyjskich pisarzy. Niemal 70-letnia obecnie literatka urodziła się w rodzinie entomologa, dzieciństwo spędziła w klonowej puszczy. Debiutowała w połowie lat 60. jako poetka, ale bardziej znana jest jako autorka powieści, bardzo różnorodnych. „Kocie oko” to klasyczny Bildungsroman, „Opowieść podręcznej” to orwellowska science fiction, a „Grace i Grace” nawiązuje klimatem do mrocznych powieści wiktoriańskich. Atwood była trzy razy nominowana do Bookera. Dostała go w końcu w 2000 r. za „Ślepego zabójcę”. Kilka powieści Atwood uchodzi za klasykę powieści feministycznej.

: A co w niej jest tajemniczego?

Opisała pani w tej książce system totalitarny Gilead, w którym kobiety są całkowicie podporządkowane mężczyznom. To dla mnie pomysł i dziwny, i niepokojący, i tajemniczy. Podziela pani moje odczucia?
- Studiowałam historię amerykańską na Harvardzie na początku lat 60. i dowiedziałam się wtedy, że pierwsze europejskie społeczeństwo stworzone w Ameryce w Nowej Anglii nie było demokracją. Dzieci w szkole uczy się czasem, że purytańscy ojcowie założyciele przyjechali do Ameryki w poszukiwaniu demokracji, ale to nieprawda. Przyjechali w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogliby ustanowić swoją własną teokrację. Więc ja nie opisałam historii całkowicie zmyślonej. I nie ma tu też żadnej wielkiej tajemnicy. Akcentuję tylko to, że każda wolność jest zawsze zagrożona. Kiedyś groził nam maccartyzm i nazizm, teraz też pojawiają się różni ludzie, którzy mają szalone pomysły.
Ale również problemy ekonomiczne mogą powodować napięcia jak w wypadku republiki weimarskiej. Może to być napięcie wywołane katastrofą po jakimś tornado czy powodzi. Może też być związane z wojną czy pojawieniem się nowych wrogów, jak po 11 września. W takich chwilach ludzie wymienią wolność za bezpieczeństwo. Musimy pamiętać, że ta historyczna bańka mydlana, w której znajdujemy się od jakiegoś czasu, jest w rzeczywistości bardzo nowa i dlatego zapewne dość płytko zakorzeniona. Kobiety nigdy w historii nie miały tyle wolności, ale to jest kwestia ostatnich lat.

Uważa więc pani, że równość i wolność kobiet jest w zachodnim społeczeństwie płytko zakorzeniona i dlatego w sytuacjach napięcia szczególnie podatna na ograniczenia?
- Równość kobiet jest czymś nowym. Nie ma głębokich korzeni w historii ostatnich dwóch tysięcy lat. W XIX wieku kobietom raczej odbierano prawa, niż je przyznawano. Teraz radośnie o tym zapominamy. A więc pojawia się pytanie: jak długo ten dzisiejszy stan rzeczy będzie trwał, jeśli pojawi się trochę napięcia? Myślę, że niezbyt długo. Mieszka pani teraz w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku?

Mieszkam w Polsce...
- W Polsce ten dzisiejszy stan rzeczy jest bardzo nowy. Wszyscy ludzie w moim wieku pamiętają czasy, kiedy sprawy nie miały się w Polsce tak dobrze - chociaż oficjalnie nie była to sprawa płci. Oficjalne hasło głosiło, że kobiety są równe, ale wszyscy wiemy, jak było naprawdę.

Uważa pani, że w Polsce w czasach komunizmu sprawa równości płci była problemem?
- W czasach komunizmu hasło głosiło, że kobiety są równe. Ale hasło głosiło też: „mamy demokrację”.

Tak, ale to zupełnie inna sprawa. Uważa pani, że w komunizmie kobiety nie były naprawdę równe?
- A pani uważa, że były?

Nikt i tak nie był zadowolony, ale akurat ten problem nie był chyba szczególnie istotny.
- Słyszymy, że kobiety miały tam pewne prawa i wolności, ale cała ich sytuacja nie była wcale taka dobra. Zawsze istnieje przepaść pomiędzy tym, co się głosi oficjalnie, a tym, co się dzieje w praktyce. Na przykład oficjalnie Ameryka jest krajem wielkich możliwości, gdzie każdy może zostać milionerem. Czy jest to prawdziwe? Niezbyt prawdziwe.