Michał Smolis: "Anioły w Ameryce" splatają kilka tematów charakterystycznych dla pana teatralnego świata: tragizm ludzkiej egzystencji, cierpienie wywołane odrzuceniem, homoseksualizm, kryzys rodziny i religii, kulturę żydowską. Czy ta premiera jest podsumowaniem drogi twórczej, czy nowym etapem?
Krzysztof Warlikowski:
Ani jednym, ani drugim. Zawsze szukam tekstu, który mnie dotyka. Wybór sztuki Kushnera jest kontynuacją moich zainteresowań. Jedynie z powodu długości utworu po raz pierwszy moja teatralna wypowiedź jest podzielona na dwa wieczory.

Przedstawienie będzie grane w auli SGGW. Co zdecydowało o wyborze tego miejsca?
Przypadek. W tekście Kushnera pobrzmiewa coś z filozoficznego wykładu o życiu i śmiertelnej chorobie, który jest kierowany do ludzi. Aula jest odpowiednim miejscem do zderzenia historii głównego bohatera, nowojorskiego geja i Żyda, z polską widownią. To wyzwanie dla obu stron.

Kushner rozprawia się z amerykańską mitologią. Czy pan wystawi rachunek polskiej?
Nie rozumiem do końca żadnego z amerykańskich mitów. Anioł jest, jak Ariel z Szekspirowskiej "Burzy" czy Dybuk ze sztuki Anskiego, zjawą z innego świata. Nie przynależy on ani do mitologii narodowej, ani religijnej, i jego pochodzenia nie potrafimy wyjaśnić. Mitem najbardziej polskim jest zwiastowanie Marii Panny.

Jakiego teatralnego języka pan szuka, żeby oddać przenikanie się świata realnego z nadrealnym w "Aniołach w Ameryce"?
Nie koncentruję się na poszukiwaniu języka, ale na pogłębianiu tematu, który najpierw poruszam w sobie, a następnie w moim partnerze - aktorze i odbieram to, czego on z kolei dotknie we mnie. Na tym polega proces dochodzenia do samej esencji problemu.

Uważa pan, że "w teatrze można zmienić Polaka, Francuza ewentualnie na chwilę zaczadzić. Niemca na pewno zmienić w teatrze nie można"?
Znajdujemy się na różnych poziomach cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju. Sankcja społeczna polityków zachodnich różni się kompletnie od sankcji polityków wschodnich. Polacy są społeczeństwem naiwnym, ale nasza łatwowierność nie musi od razu oznaczać czegoś gorszego. To nie są oceny, tylko fakty. Po II wojnie światowej wszystkie społeczeństwa rozliczały się z przeszłości i teatr był budowany na takim fundamencie. We Francji ta instytucja stała się sklerotyczna, ponieważ przestała karmić większymi dramatami. W pewnym momencie teatr francuski estetyzował się, a widownia zbanalizowała swoje wyjście do niego. Miejsce autentycznej potrzeby obcowania ze sztuką zastąpił coweekendowy mieszczański rytuał. W Polsce teatrowi udało się zachować swój kościec, ponieważ cały czas odżywia się esencją życia.

Pełen wywiad z Krzysztofem Warlikowskim w najnowszej "Kulturze TV", bezpłatnym dodatku do DZIENNIKA.