Muzyka
Przy muzyce poważnej nie mogę pracować, jej dramaturgia wymaga ode mnie zbyt dużego skupienia. Dlatego słucham zawsze w konkretnym celu. Moje życie muzyczne polega na ciągłym poszukiwaniu motywów, które mogą się przydać do filmu czy spektaklu. Gdy moja żona była bardziej czynna zawodowo, byłem w wirze jej ćwiczeń skrzypcowych. Dziś często słyszę utwory, które kiedyś grała i nie mogę sobie przypomnieć, skąd je znam. Ale kto dzisiaj pamięta smyczkowe utwory Bacewiczówny? Mnie się kojarzą z poprzednim mieszkaniem. Teraz w muzyce wracam do lat młodości. Kocham piosenki z lat 60. Zawsze lubiłem zespoły, które grały, bo im było wesoło, a nie, gdy coś ich bolało. Najbardziej podobają mi się ci, którzy śpiewają jakby od niechcenia. Marek Grechuta, mój kolega, to był dla mnie w tej kwestii ideał. Po prostu stanął i śpiewał, a oczu i uszu nie można było od niego oderwać. Beach Boysi, The Mamas And The Papas, Manhattan Transfer - takich zespołów można słuchać, podróżując ze mną samochodem. Najlepsze wydania ich płyt znajduję zwykle na targach i bazarach, najczęściej za granicą. Zawsze się dziwię, że nie kupuje tego nikt poza mną.

Literatura
Najbardziej na świecie lubię czytać. Muszę być na bieżąco. Skoro sam w jakiś sposób biorę udział w opisywaniu otaczającej nas rzeczywistości, chcę wiedzieć, jak robią to inni. Imponuje mi typ wrażliwości, którego nie mam, i styl, którego nie umiałbym nawet naśladować. Nie potrafiłbym napisać jak np. Olga Tokarczuk. Tęsknię z kolei za czasami, które opisuje Stasiuk. Czytam na bieżąco recenzje książkowe, są dla mnie przewodnikami po nowościach. Jednym z moich ostatnich odkryć jest książka "To ja, Ediczka" Eduarda Limonowa - szczyt odwagi, ekspresji, żeby nie powiedzieć ekshibicjonizmu. Spore wrażenie zrobiły też na mnie "Badania terenowe nad ukraińskim seksem" Oksany Zabużko. Z kolei "Baltazara" Mrożka czytałem tak, jakbym czytał o sobie i swojej młodości. Tego nawet nie umiem traktować w kategoriach literatury, to po prostu odzwierciedlenie mojego spojrzenia na świat. Zawsze będę też wierny Gombrowiczowi, bo on ukształtował moją poetykę, typ myślenia, poczucie humoru. "Dzienniki" to była biblia mojego pokolenia, nasz manifest. „Iwonę, księżniczkę Burgunda” do dziś uważam za jedną z najpiękniejszych sztuk, jakie kiedykolwiek powstały. Nigdy mnie nie nudzi, choć pracowałem nad nią wiele razy. Na bezludną wyspę zabrałbym "Lalkę" Prusa, "Buddenbrooków" oraz "Czarodziejską górę" Manna. I koniecznie "Dekameron". A na deser "Kubusia Fatalistę". I Kunderę, bo każda jego nowa książka to dla mnie święto. Jego twórczość sprawia, że czuję się zazdrosny, że sam czegoś takiego nie wymyśliłem. A jego eseje o muzyce uczą mnie więcej niż niejeden koncert. I "Hamleta", bo to sztuka mojego życia, wciąż mam poczucie, że to mój reprezentant.

Kino
Jestem niepoprawny, oglądam prawie wszystko na malutkim odtwarzaczu DVD. Jestem z nim emocjonalnie związany, to maleństwo wszędzie ze mną jeździ. Żona się ze mnie śmieje i nie wierzy, że jestem w stanie ocenić scenografię filmu, przecież na tak miniaturowym ekranie nic nie widzę. Odkąd jestem członkiem Europejskiej Akademii Filmowej co roku dostaję około 50 filmów do obejrzenia i ocenienia. Przemawia do mnie kino europejskie. Ostatnio duże wrażenie zrobił na mnie film "Sophie Scholl - ostatnie dni". Doceniam taką odwagę i wagę słowa na ekranie. To pozwala mi wierzyć, że nie jestem w kinie anachroniczny. W kinie amerykańskiem fascynują mnie pozytywne wyjątki, takie jak "Między słowami" Sofii Coppoli. Cilliana Murphy’ego w "Śniadaniu na Plutonie" zobaczyłem na moim małym odtwarzaczu w samolocie podczas podróży do Danii. I nie wierzyłem własnym oczom. Fenomenalny! Imponują mi Anglicy. Mike Leigh i jego "Vera Drake" to coś, co na długo zostanie mi w pamięci. Kieślowski z kolei zaraził mnie Kenem Loachem. Lubię też kino czeskie, ten typ humoru i dystansu do siebie bardzo mi odpowiada. Menzla znam osobiście i na pewno się wybiorę na "Obsługiwałem angielskiego króla". Forman to też mój idol. Przekonał mnie nawet "Duchami Goi". On zawsze potrafił mnie rozdyskutować wewnętrznie. To według mnie najlepsza recenzja. Gdy ktoś mi mówi, że po obejrzeniu mojego filmu gadał z żoną do drugiej w nocy - nie mogę sobie wyobrazić większego komplementu.

Kuchnia
Tu jestem tradycjonalistą. Jak Gombrowicz uważam, że prawdziwy mężczyna je tylko befsztyk. Jestem zdania, że trzeba zjeść jedno poważne danie, a nie wygłupiać się i bawić w jakieś figo-fago. Grillowana cielęcina jest OK. I wspomnienie sznycli po wiedeńsku w wykonaniu mamy. Raz na pół roku robię dzieciom takie gigantyczne kotlety, bo mnie bardzo proszą. Dziś jednak nade wszystko cenię prostotę i w niej odkrywam mnogość smaków. Z kuchni włoskiej, która przecież wyrosła z biedoty, najbardziej lubię przepyszny chleb, taki z dziurami, polany świeżą oliwą. Przechodzę też trudną szkołę uczenia się ryb i ciągle szukam miejsc, które by mnie z nimi oswoiły. Na Sycylii, gdzie pojechaliśmy z żoną, jedliśmy ryby codziennie, najpyszniejsza była ta zapiekana w soli. Jedzenie aniołów. Kocham Włochów za kulinarną celebrę. Jeden szef w restauracji w Rzymie, którego znałem, przed podaniem każdego dania specjalnym gościom brał prysznic i perfumował się tak, by korespondowało to z potrawą. Miał skomplikowaną teorię łączenia zapachów.