Co robi Jan Matejko obok Sasnala, filmów wideo Łukasza Skąpskiego i postindustrialnych gadżetów Janka Simona? Do takiego ekstremalnego zderzenia doszło w Sukiennicach. Niczym ogromne stare galeony w morzu ponad 300 dzieł 60 współczesnych artystów płyną dwa olbrzymie XIX-wieczne płótna: "Kościuszko pod Racławicami" Matejki i "Pochodnie Nerona" Siemiradzkiego.

Zmiksowanie nowej sztuki z superprodukcjami XIX-wiecznego malarstwa historycznego wygląda na pierwszy rzut oka na brawurowy koncept kuratorski. Albo na dowód, że Matejko jest w Polsce "wiecznie żywy" i nie przesłonią go nam żadne nowinki. Chcemy czy nie, zawsze będziemy oglądać Matejkę. Poza tym jesteśmy w Krakowie. Można tu dyskutować o najnowszej sztuce, a i tak tradycja znajdzie sposób, by dorwać się do głosu.

Dwurnik kontra Michałowski

Projekt jest wspólnym przedsięwzięciem miejskiej galerii Bunkier Sztuki, Małopolskiej Fundacji Muzeum Sztuki Współczesnej oraz Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Niepołomicach, niezależnej organizacji artystycznej powołanej przez Annę Marię Potocką, obecną dyrektorkę Bunkra. To instytucjonalne pospolite ruszenie trzech instytucji koordynuje czwarta - Muzeum Narodowe, którego oddziałem są Sukiennice. Do niedawna wisiało tu XIX-wieczne malarstwo. Wnętrza Sukiennic idą jednak do remontu. Obrazy trzeba było ewakuować. Przed rozpoczęciem remontu pojawiła się okazja, aby w opustoszałych chwilowo salach pokazać, co ze sztuki współczesnej krakowianie mają w magazynach.

W Sukiennicach nowa sztuka wchodzi w buty starej, ale ta nie zniknęła do końca. Malarskie kolubryny Siemiradzkiego i Matejki to prostu płótna tak wielkie, że nie udało się ich na razie wynieść z galerii. Dwa historyczne giganty biorą więc udział w wystawie. Inne dzieła prezentowane dotąd w Sukiennicach obecne są jako widma. Na ścianach zostały "cienie" ram, wyraźne ślady po zdjętych obrazach. Kuratorka Maria Anna Potocka zdecydowała się również na pozostawienie tabliczek z podpisami do wyeksmitowanego malarstwa. Ten prosty gest dobrze zrobił całemu przedsięwzięciu. Wystawa zmieniła się w palimpsest, kolekcję nadpisaną na innej kolekcji, niewidzialnej, ale wciąż obecnej. Prace wideo pokazywane są w sali, gdzie co krok spotykamy tabliczki z tytułami obrazów romantyka Michałowskiego. Między historycznymi a współczesnymi pracami toczą się dialogi, czasem nonsensowne, innym razem niespodziewanie znaczące. Za fotograficznym autoportretem Piotra Uklańskiego można zobaczyć tabliczkę z podpisem do obrazu Józefa Brandta "Na stepie". Obok wspomnianego obrazu Dwurnika wisi tabliczka z tekstem Wojciecha Gersona "Opłakane apostolstwo".

Kogo dziś stać na Sasnala?

Błąkające się pomiędzy zbiorami sztuki aktualnej widma dawnego malarstwa są przyprawą, która nadaje wystawie oryginalnego smaczku. A samo danie tak atrakcyjnie przyprawione? Wystawa, która powstała jako swoista "zrzutka" trzech pochodzących z różnych bajek kolekcjonerów-kucharzy, nie może być - i nie jest - systematycznie ułożonym, dydaktycznym zbiorem ani próbą szkicowania współczesnego kanonu. Mamy raczej do czynienia ze swobodną konstelacją prac, rozświetlaną rozbłyskami gwiazd i pojedynczych świetnych realizacji. Międzynarodowy wymiar pokazu zapewniają przede wszystkim pozycje ze zbiorów Muzeum w Niepołomicach. To w większości artyści starszego i średniego pokolenia, konceptualiści i neoawangardyści, by wymienić Erica Andersena, Dicka Higginsa czy Davida Rabinovitcha.

Najbardziej systematyczny jest zbiór prac młodych polskich twórców, czyli dzisiejszych trzydziestokilkulatków, którzy na przełomie tysiącleci zdominowali naszą scenę sztuki. W doborze artystów widać silne "odchylenie małopolskie", ale jest to raczej atut niż słabość wystawy. To właśnie lokalność, obok palimpsestowej budowy, decyduje o tym, że "Wreszcie nowa" wypada wyraziście i ciekawie. Znajdziemy tu "Plan" Anety Grzeszykowskiej i Jana Smagi czy doskonałych "Plażowiczów" Althamera, dominują jednak artyści związani z Krakowem. Gdzie indziej budowę takiej kolekcji zaczęto by od Kozyry czy Żmijewskiego, ale tu nie może zabraknąć miejsca dla Marty Deskur, Pawła Książka, Oskara Dawickiego, Jana Simona, Grzegorza Sztwiertni czy Marka Chlandy.

Na samym początku natykamy się na artystów grupy Ładnie, od której na przełomie wieków rozpoczął się w młodym pokoleniu fenomen wielkiego powrotu do malarstwa. Wilhelm Sasnal, Rafał Bujnowski i Marcin Maciejowski dostali osobne ściany w Sali Oświecenia. Krakusy są wyraźnie dumni, że właśnie w Krakowie zaczął się malarski renesans, a także z tego, że małopolskie kolekcje w porę nabywały prace dzisiejszych gwiazd. Kto nie kupił sobie przysłowiowego Sasnala parę lat temu, ten może teraz pluć sobie w brodę. Na początku XXI wieku taką transakcję można było jeszcze sfinalizować za czterocyfrową kwotę - i to w złotówkach. W roku 2007 wczesny obraz Sasnala z kolekcji Charlesa Saatchi sprzedał się - w przeliczeniu - za około milion złotych. Sasnal to przypadek najbardziej drastyczny, ale ilustrujący regułę dotyczącą młodych artystów - kolekcjonować trzeba na bieżąco, nadrabiać zaległości jest znacznie trudniej, czytaj drożej.

Dzielenie muzealnych łupów

Kraków pokazuje co ma i robi to nie bez powodu. Dla instytucji nadszedł czas wykładania kolekcjonerskich kart na stół. Wokół zbiorów nowej sztuki panuje ostatnimi czasy ożywiony ruch. Wystarczy spojrzeć na programy większych instytucji sztuki. Na przełomie roku oglądaliśmy w CSW zbiory wideo z kolekcji Getz. Na wiosnę wszyscy mówili o zbiorach Grażyny Kulczyk, która pokazała je w swojej kwaterze głównej, w poznańskim Starym Browarze. Zachęta na lato przyszykowała dwie tego typu wystawy. Jedna to wybór ze zbiorów katalońskiej fundacji la Caixa. Druga wystawa ułożona jest z zasobów samej Zachęty. Na koniec roku zapowiadana jest prezentacja piątej już edycji kolekcji CSW Zamek Ujazdowski.

Co rozpaliło w polskich instytucjach żar kolekcjonerskich pasji? W roli pochodni wystpiło planowane Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jego budowa, nie mówiąc o otwarciu, jest śpiewem przyszłości, ale sama wizja powstania zadziałała jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Nie chodzi zresztą tylko o to, co powstanie w Warszawie. Zanim zobaczymy na "Wreszcie nowa" jakąkolwiek sztukę, obejrzymy najpierw projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej - tym razem krakowskiego. Nowa instytucja ma być adaptacją starej fabryki Schindlera. Kalendarz realizacji tego przedsięwzięcia rysuje się na razie mgliście, ale jak widać w Sukiennicach ruch wokół niego już trwa. Zaczyna się dzielenie skóry na muzealnym niedźwiedziu. Najnowsza wystawa zbiorów Zachęty nazywa się "Gra". W rzeczy samej, toczy się gra. Stawką są sale planowanych muzeów: co je wypełni i kto będzie o tym decydował. Budowa kolekcji wymaga kapitałów zgromadzonych w funduszach na zakupy. Ale w nowych muzeach ustali się również nowy kanon sztuki współczesnej, a negocjowanie artystycznej wagi zbiorów to nie tylko kwestia konstruowania historii, lecz również teraźniejszości i władzy w sztuce.

Wystawę w Krakowie kończy świetna praca młodego czeskiego artysty Kristofa Kintery. Pod wielką ścianą galerii naznaczoną śladami starych obrazów stoi tyłem do widza malutki chłopiec. Ubrany jest w bluzę z kapturem naciągniętym na głowę. Niespodziewanie niewielka postać zaczyna wściekle walić głową w mur - tak, że huczą całe Sukiennice. Potem rzeźba odpoczywa, ale wiadomo, że niedługo wznowi działalność. Praca nazywa się "Rewolucja". Na pierwszy rzut oka ta ironiczna instalacja wygląda na pesymistyczny obraz rozwianych złudzeń na temat możliwości zmiany. Z bliska widać jednak, że chłopczyk wybił już głową w ścianie spore wgłębienie. Aktualna sztuka kruszy powoli mury starych instytucji. Starania o budowę nowych muzeów przypominają w Polsce walenie głową w mur, ale taka praktyka okazuje się czasem skuteczna. Kamienie węgielne już czekają na wkopanie, a istniejące póki co sale ekspozycyjne na śmiałków, którzy je wypełnią. Dlatego instytucje zaczynają prężyć muskuły, deklarując: mamy w magazynach sztukę - i nie zawahamy się użyć.


"Wreszcie nowa"
Sukiennice, Kraków, do 15 sierpnia