Abakanowicz jest od dawna ceniona i nagradzana. Pokazuje swoje prace w ważnych zagranicznych galeriach, muzeach i w parkach wielkich miast. Właśnie skończyła się jej wystawa "Dwór Króla Artura” w hiszpańskim muzeum sztuki współczesnej. I tylko w Polsce jest od dawna nieobecna.

Jej ostatnia duża wystawa miała miejsce w Zamku Ujazdowskim w 1995 r. Później były jedynie bardzo skromne pokazy. Tylko w Poznaniu udało się Abakanowicz zrealizować duży projekt w przestrzeni publicznej. Jej "Nierozpoznani" w 2002 r. stanęli na terenie tamtejszej Cytadeli.

Przypadek Abakanowicz nie jest odosobniony. Mało obecni wydają się także inni artyści ważni i cenieni poza granicami kraju, jak chociażby Roman Opałka czy Krzysztof Wodiczko. Nawet prace Wilhelma Sasnala do czasu niedawnej wystawy w Zachęcie można było zobaczyć przede wszystkim poza Polską (i tak zapewne będzie nadal). Jedną z przyczyn takiej sytuacji jest słabość naszych instytucji zajmujących się sztuką współczesną. Jest ich niewiele, niektóre świetnie działają, ale brakuje im pieniędzy.

A to ogranicza szanse nie tylko konkurowania z galeriami i muzeami w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych, ale też wspólnego przygotowywania wystaw. Inauguracja działalności przez warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej czy otwarcie przed kilkoma dniami CSW w Toruniu to dopiero początki zmian na lepsze. Jednak to nie jedyne możliwe wytłumaczenie nikłej obecności Abakanowicz. Nie mniej ważne są obowiązujące mody. Dziś zainteresowanie budzą przede wszystkim artyści, którzy weszli na rynek po 1989 r. To ich prace dominują w salach wystawowych i przyciągają uwagę mediów. Mamy czas ludzi urodzonych w latach 60. i 70., a już nadchodzą młodsze roczniki. Wciąż szuka się nowych zjawisk i nazwisk, a krytyka (równie młoda) najczęściej pisze o artystach, którzy są jej pokoleniowo bliscy.

Twórczość Magdaleny Abakanowicz wpisano do historii. Ogłoszono jej wielkość, więc przestała budzić emocje. Przy opisach jej dzieł powtarza się wciąż wytarte slogany typu: "artystka mówi uniwersalne prawdy o ludzkiej naturze”. Zbyt mało jest ryzykownych odczytań, pokazania twórczości artystki nieszablonowo, umieszczenia jej w odmiennych niż dotąd kontekstach. Jeżeli już pojawiają się takie próby, to - znów - raczej poza Polską.

Jeden przykład. Abakanowicz znalazła się niedawno na głośnej wystawie zbiorowej "WACK! Art and the Feminist Revolution" prezentowanej w Museum of Contemporary Art w Los Angeles, a następnie w nowojorskim Museum of Modern Art. Zestawiano jej twórczość z tak ważnymi figurami sztuki współczesnej jak Louis Bourgeois i Eva Hesse. Feministyczne odczytanie Abakanowicz może nie jest do końca trafne, ale przynajmniej nieszablonowe.

Zaskakuje także "Cysterna" - wystawa w Zamku Ujazdowskim. Jej kuratorka, Milada Ślizińska, zdecydowała się na ryzykowny krok. Zorganizowała ją w dawnych piwnicach. W XIX w. był to przyszpitalny zbiornik na wodę, który wybitny japoński artysta Tadashi Kawamata zaadaptował na cele wystawowe. Powstała surowa przestrzeń z czerwonymi, ceglanymi ścianami i surowymi deskami, którymi wyłożono podłogę. Przez okrągłe otwory w sklepieniu wpada naturalne, skromne światło. Panuje półmrok.

Dawna cysterna okazała się bardzo dobrą przestrzenią dla prac Abakanowicz. Artystka pokazało tylko dwie rzeźby: postacie mężczyzn. To ciała ułomne. Pozbawione głów, niekompletne, przepołowione. Surowe, pokryte gipsem. Możemy dostrzec drewnianą konstrukcję, która podtrzymuje całość. Nie są to skończone dzieła, lecz dopiero ich zapowiedzi, prototypy, formy używane przez artystkę do wykonywania odlewu.

Matryce, według których powstają jej słynne figury. Abakanowicz nie zdominowała tej przestrzeni, lecz jedynie ją uzupełniła. Artystka odsłania swój warsztat, odkrywa się przed widzami, dopuszcza do swych tajemnic. Oglądamy to, co dopiero będzie dziełem i co jeszcze nie zastygło w skończonej formie. To fascynująca przygoda. Jednak na prawdziwą wystawę Abakanowicz musimy jeszcze poczekać.