"Huśtawka oddechu"

(oryg. "Atemschaukel")

Herta Mueller



Tegoroczny werdykt Akademii Królewskiej wzbudził mniejsze niż w poprzednich latach emocje. Wskazywano, że Nobla otrzymała pisarka, której książki charakteryzują subtelna elegancja stylu i osobność myślenia, a w jej prozie możemy jak w zwierciadle obejrzeć swój własny wewnętrzny niepokój.

Wydawnictwo Czarne nie mogło zaprzepaścić takiej szansy i wznowiło właśnie wszystkie dotychczas wydane w Polsce utwory Mueller. Przygotowuje też przekład jej najnowszej powieści. Ta zaś zdążyła już wywołać w Niemczech żywiołowe reakcje. Została też nominowana do tegorocznej Deutscher Buchpreis, najważniejszej nagrody literackiej w tym kraju. Garść podstawowych informacji o powieści daje obraz tego, jak niełatwego zadania podjęła się autorka "Sercątka".

"Atemschaukel" – co można tłumaczyć jako "Huśtawka oddechu" – opowiada o 17-letnim rumuńskim Niemcu, wysłanym w końcu II wojny światowej na roboty przymusowe do ZSRR. To on jest naszym przewodnikiem po świecie "odbudowy Związku Radzieckiego", kraju zimna i pracy ponad ludzkie siły, głodu i marzeń o chwili bezczynności. Dzieło jest swoistym hołdem złożonym niemieckiemu poecie Oskarowi Pastiorze, ofierze takiej właśnie deportacji. W dużej mierze składa się z jego wspomnień, które Mueller gromadziła przez kilka miesięcy spotkań z poetą, aż do jego nagłej śmierci w 2006 roku.

Temat to z całą pewnością ważny dla samej Herty Mueller. Wiedza o deportacjach rumuńskich Niemców na roboty do Związku Radzieckiego (również jej matki), a także strach tych ludzi przekazywany jej jako dziecku wywarły na niej niezatarte piętno. Nauczycielem tego strachu były nie słowa, ale głuche milczenie starszych. Na roboty wywożono, jak sama wspomina wiele lat później w wydanych właśnie w Niemczech w postaci audiobooka wspomnieniach z rodzinnego Nitzkydorf, nie żołnierzy i nie ludzi związanych z narodowym socjalizmem. W początkach 1945 roku w niemieckich wsiach na terytorium Rumunii pozostali tylko starcy, kobiety i dzieci, te ostatnie najwyżej kilkunastoletnie.

Z tych samych powodów "Atemschaukel" jest książką ważną nie tylko dla Mueller, ale również dla wielu Niemców. Republika Federalna dopiero od kilkunastu lat przegląda się w swojej przeszłości na nowy sposób. Świadomość historyczna Niemców łączy pokutę za nazizm z potrzebą uznania nieszczęść, których doznała ludność cywilna podczas II wojny światowej. Deportacje do Związku Radzieckiego to wciąż element historii nie do końca poznany także nad Renem, a zatem wzbudzający zainteresowanie. A i w Polsce, która sama rozpoznaje na nowo swoją wojenną i powojenną historię, książka Mueller mogłaby być przyczynkiem do stawiania nowych pytań, choćby o odpowiedzialność i strach w warunkach panowania władzy totalitarnej.

Czytelnik może być jednak "Atemschaukel" rozczarowany. Historia opowiedziana w książce, a także elementy, które się na nią składają (konstrukcja przypomina kalejdoskop małych opowieści: o podróży do łagru, warunkach w nim, stosunkach międzyludzkich, obcości rosyjskiego świata), są z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy o totalitaryzmie i funkcjonowaniu w nim jednostki wtórne. Czytelnik opowiadań Warłama Szałamowa, "Archipelagu GUŁag" Aleksandra Sołżenicyna czy choćby "Innego świata" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego nie znajdzie w książce niczego nowego.

Można byłoby odpowiedzieć na ten zarzut, że powieść Mueller jest nie realnym świadectwem osoby, która była w sowieckim łagrze, ale stylizowaną opowieścią na ten temat. Jest w tym jednak tylko część prawdy. W "Atemschaukel" odnajdziemy, dobrze znaną z poprzednich książek autorki, elegancję stylu. Jednak pod względem literackim wybitne bywały również świadectwa samych ofiar (przywołajmy chociażby "Noc" Eli Wiesela). Literatura tego typu występuje zawsze w kontekście świadectw wcześniejszych (i wcześniejszych powieści, jak choćby "Idąc rakiem" Guenthera Grassa, w której temat niemieckich ofiar cywilnych drugiej wojny światowej pojawił się po raz pierwszy).

Aby obronić się sama, musiałaby proponować nowe spojrzenie, analizę, choćby przytaczanych przez Mueller zastanawiających obrazów zwykłych, niepolitycznych Niemców, którzy jednak okazywali zadziwiającą powolność wobec Fuehrera i śledząc okupację Polski, wbijali w mapę jej terytorium miniaturowe flagi ze swastyką. Tego jednak w "Atemschaukel" nie ma. Jest tylko garść niepogłębionych obrazów, co zbliża książkę do "Łagodnych" Jonathana Littella, w których wprawny czytelnik mógł pokazywać całe fragmenty, mówiąc "to czytałem już u kogoś innego".

W nowej książce noblistki najbardziej niepokojące wydaje się zatem pójście zbyt łatwą ścieżką. To dlatego zło, o którym mówi, jest zbyt abstrakcyjne. Jego temat pojawia się wyłącznie przez powracanie do wydarzeń, które dla młodszych pokoleń doprawdy niewiele już znaczą. Pułapka, w którą można w ten sposób wpaść, jest następująca: koncentrując się na wydarzeniach z przeszłości, bardzo łatwo stać się ślepym na zło, które może być tuż obok nas.