"Nadchodzi"
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie, 2010
Ocena 5/6



Po doświadczeniach z przeterminowaną postmoderną naszej współczesnej literatury czytanie Orbitowskiego jest jak miód na serce. Oto młody pisarz, któremu nie odbija się czkawką gombrowiczowska fraza, który nie stosuje szyku przestawnego, nie bawi się w autoerotyczne monologi, nie uprawia politycznej agitacji, nie odfajkowuje napęczniałych problemów społecznych, nie sili się na naiwną krytykę mediów. Jego proza jest wolna od tego doczesnego szlamu – a jednocześnie pozostaje klarowna, efektowna i zadziwiająco aktualna.

W notce biograficznej na okładce nowego zbioru opowiadań Orbitowskiego czytamy, że autor „terminował u fantastów, awangardzistów i realistów”. To widać – że terminował. Podoba mi się to określenie, świadczy o pokorze i świadomości własnego warsztatu. A że Orbitowski najlepiej w Polsce pisze horrory, ów warsztat często przypomina jatkę. Nigdy jednak nie jest to jatka pozbawiona sensu.

„Nadchodzi” składa się z czterech opowiadań i jednej, tytułowej, mikropowieści. Tylko dwa z tych utworów – „Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj” i „Cichy dom” – są, jeśli można tak powiedzieć, typowe dla dotychczasowej twórczości pisarza, czyli współczesnej makabry wywiedzionej z codziennych lęków i traum, opartej o szczególnego rodzaju minimalistyczną formułę budowania suspensu, w której rzeczywistość od koszmaru dzieli cienka i łatwo, choć bezpowrotnie, przekraczalna membrana. Pozostałe teksty, w tym najlepszy z tomu „Popiel Armeńczyk”, pokazują, że Orbitowski szuka nowej formuły, być może jeszcze ciekawszej od tego, co dotąd pokazał w „Świętym Wrocławiu” czy „Tracę ciepło”.

Siłą dobrej literatury jest między innymi – przynajmniej z punktu widzenia czytelnika – niemożność jej łatwego podsumowania i zaszufladkowania. Weźmy choćby wspomnianego „Popiela Armeńczyka”: Mamy wrzesień 1939 roku na głębokiej polskiej prowincji. Do zabitej dechami wsi wojna dociera pod postacią maruderów z rozbitych przez Niemców oddziałów – to dwóch umundurowanych bandziorów, zainteresowanych głównie gwałceniem i rabowaniem, oraz oficer, niejaki Julian Armeńczyk, małomówny dziwak o nadnaturalnych umiejętnościach, pozostający w dziwnym stanie zawieszenia między rzeczywistością a snem. Ci ludzie, wraz z paroma wieśniakami i pewnym dorastającym chłopcem, zaczynają formować szczególnego rodzaju partyzantkę – krwawą i okrutną – która zdaje się walczyć raczej z duchami niż z wrogiem, zaś kompletnie amoralny Armeńczyk zostaje ich kacykiem, podając się w malignie za króla Popiela… O co tu chodzi? Czy to fantazja na temat demonicznej romantyczności? A może gorzka refleksja nad polskością? Rzecz o szaleństwie wojny? Pewnie wszystko naraz. W sumie nie wiem i nie chcę wiedzieć. Liczy się raczej zimny pot spływający po plecach i poczucie, że ta przerażająca, przekorna, sarkastyczna wizja mnóstwo mówi o nas samych. Po prozę Orbitowskiego zdecydowanie powinien sięgnąć filmowiec, który dorasta do siły rażenia jego tekstów.