Powiada się, że literacka Nagroda Nobla, choć jest bez wątpienia najbardziej prestiżowym wyróżnieniem dla każdego twórcy, stanowi też coś w rodzaju klątwy. Po Noblu – niesie gminna wieść – nie pisze się już tak łatwo. Albo nie pisze się już tak dobrze. Albo w ogóle przestaje się pisać. Po Noblu więcej czasu niż samo pisanie zajmują czynności administracyjne i prestiżowe, głównie ściskanie rozmaitych słynnych dłoni, pozowanie do zdjęć i uczestnictwo w opiniotwórczych gremiach produkujących taśmowo poważnie brzmiące oświadczenia.

Po Noblu się już nie chce. Po Noblu człowiek powinien po prostu położyć się do trumny i pozwolić, by go z patosem wspominano. A najlepiej i tak piszą ci, którzy mieli Nobla dostać, ale nie dostali – pewnie udaje im się to ze złości, że szwedzcy akademicy znowu wykazali się brakiem gustu i odwagi. Nie od dziś wiadomo, że niezaspokojona ambicja jest rodzajem (mniej lub bardziej) szlachetnego literackiego dopingu.

Tyle spekulacji. Obalić je można z łatwością, przywołując choćby postać tureckiego noblisty z 2006 roku Orhana Pamuka. Po lekturze jego nowej powieści „Muzeum niewinności”, napisanej już po otrzymaniu nagrody, stwierdzam, że każdemu życzyłbym takiego kryzysu twórczego. Ta 750-stronicowa książka, miejscami aż przytłaczająca swoim rozmachem i pedanterią, kronika nader osobliwego romansu, stanowi dowód, że po Noblu życie jednak istnieje. I to jakie!

Jesteśmy w Stambule, w połowie lat 70. Kemal, syn bogatego przemysłowca i członek lokalnej elity finansowej, ma rozpocząć czwartą dekadę swojej udanej egzystencji od zaręczyn z Sibel, uroczą córką emerytowanego ambasadora. Los stawia jednak na jego drodze 18-letnią ubogą kuzynkę Füsun, ekspedientkę w jednym z modnych wówczas butików z europejskimi towarami. Kemal zakochuje się nieprzytomnie w Füsun – dziewczynie tyleż pięknej, co skromnej. Co więcej, z wzajemnością. Uczucie owo znajduje spełnienie w zagraconej garsonierze, w której matka Kemala gromadzi stare sprzęty niemieszczące się w domu rodzinnym. Kochankowie spotykają się tam, uprawiając seks i udając, że ich gorąca namiętność ma jakąkolwiek przyszłość.

Oczywiście oszukują się – żadnej przyszłości nie ma. I to nie dlatego, że tak naprawdę brak między nimi miłości, ale z tej przyczyny, że jest to miłość zakazana, niemożliwa, niemoralna. Füsun traci bowiem dziewictwo bez ślubu, zaś Kemal jest zbyt słaby, by zerwać zaręczyny i dokonać na oczach wszystkich bulwersującego mezaliansu. Po uroczystości zaręczynowej Kemala Füsun znika, ów zaś pogrąża się w chorobliwej depresji.

Kiedy po roku znów się spotkają, okaże się, że dziewczyna zawarła desperacki związek małżeński z pierwszym kandydatem, który się napatoczył. Od tego momentu ich relacje przybierają dziwaczny kształt – Kemal, któremu urażona Sibel odesłała w końcu pierścionek zaręczynowy, staje się „przyjacielem rodziny” i przez osiem lat odwiedza niemal codziennie mieszkanie Füsun, jej rodziców i męża, wchodząc właściwie w kapcie domownika, sycąc się samą obecnością niedostępnej ukochanej, biorąc udział w rytuałach powszedniego życia zwykłej stambulskiej rodziny. Przy okazji zaś popada w szczególną odmianę kleptomanii – zaczyna obsesyjnie gromadzić przedmioty związane z Füsun. W przyszłości posłużą mu jako muzealne eksponaty poświęcone jego wielkiej miłości...

Przypomina to trochę streszczenie jakiegoś wiktoriańskiego romansu albo współczesną wersję „Tessy d’Urberville” Thomasa Hardy’ego – i nie jest to skojarzenie całkiem bezzasadne. Pamuk, pisarz zawsze głęboko świadomy literackiego tworzywa, bierze bowiem XIX-wieczną europejską powieść, z jej naturalistyczną dokładnością w analizowaniu nieprzekraczalnych społecznych barier oraz obyczajowych zakazów, i ostrożnie przenosi do jej wnętrza Turcję własnej młodości, islamski kraj zawieszony między tradycją a nowoczesnością, rozrywany konfliktami na tym tle, chcący na siłę się zmodernizować, a zarazem zostawić sobie prawo do egzekwowania konserwatywnych, religijnie motywowanych reguł – egzekwowania ich, dodajmy, głównie wobec kobiet.

„Muzeum niewinności” stanowi więc klasyczną, silnie zmitologizowaną narrację o złamaniu tabu i konsekwencjach tego występku, a jednocześnie to wybitna dekonstrukcja tego schematu. Pamuk pokazuje, w jaki sposób import obcych wzorców kulturowych (w tym miłości romantycznej) do społeczeństwa, które – choć sądzi inaczej – nie jest na ów import przygotowane, może prowadzić do prawdziwych ludzkich tragedii.

Turecki pisarz bada też narodziny indywidualizmu w kolektywnym, patriarchalnym świecie: na ten indywidualizm, bardzo bliski egoizmowi, mogą sobie pozwolić ci, którzy są u władzy – mężczyźni. Kobiety przybierają tu kształt biernych, nieruchomych figur przestawianych na męskiej szachownicy – czarnymi grają tradycjonaliści, białymi zaś modernizatorzy.

Ciekawe, że przez 750 stron „Muzeum niewinności” nie dowiadujemy się właściwie niczego o samej Füsun, o jej myślach, uczuciach, planach, choć szaleńczy monolog Kemala skupia się głównie na niej. Na niej – przefiltrowanej przez jego wyobrażenia. Füsun to w gruncie rzeczy jeszcze jeden muzealny eksponat. Pamuk nie ocenia, nie wydaje moralnych sądów. Brawurowo wciela się w swojego bohatera i spogląda na świat jego oczami. Udaje mu się przy okazji uchwycić w kadrze smutek przemijania – ta powieść jest przy okazji wspaniałym dokumentem wymierzonym w entropię, w nieuchronny upływ czasu.

Nie lubię sprzątać, czyścić, porządkować. Sprzątanie wydawało mi się zawsze gwałtem na przeszłości, która przecież nie powróci – pozostała już tylko w porzuconych chaotycznie drobiazgach: starych książkach, biletach, zdjęciach, papierkach od cukierków, zużytych zabawkach, dziurawych skarpetach, niemodnej boazerii, a nawet w drobinach kurzu zebranych na półkach. Myślę, że w owych odczuciach nie jestem sam. „Muzeum niewinności” traktuje właśnie o tym – o braku zgody na powolną śmierć wszystkiego, co nas otacza: ludzi, rzeczy, pamięci o nich. Choćby była to pamięć trudna.