Odpowiedział w ciągu trzydziestu sekund: "Jestem teraz w Londynie, jutro lecę do Paryża, ale w piątek wieczorem będę już w Nowym Jorku". Spotkaliśmy się w sobotę, dzień po jego powrocie, w jego eleganckim biurze na Manhattanie, niedaleko Central Parku.
Andrew Wylie to prawdziwy amerykański biznesmen: pewny siebie, w każdej chwili gotów z wielkim uśmiechem opowiadać o swoich sukcesach i wyższości nad konkurencją. Mówi o sobie w liczbie mnogiej (on i jego agencja), regularnie wtrąca francuskie powiedzonka. Nic z neurotycznego intelektualisty czy sfrustrowanego pisarza, których spotyka na co dzień dziennikarz literacki.

Reprezentuje pan Orhana Pamuka, Philipa Rotha i Normana Mailera, a także spadkobierców Gombrowicza, Miłosza i Borgesa. Ale nie reprezentuje pan ludzi takich jak John Grisham i Helen Fielding. Dlaczego?

Kiedy wchodziłem do branży wydawniczej, dostrzegłem, że choć prawie wszyscy pojawili się tu z powodu miłości do dobrej literatury, teraz uganiają się za komercją. Dlaczego? Dlatego – uznałem – że branża podporządkowana jest sprzedawcy, a nie wydawcy. Wszyscy uwierzyli, że tylko komercja ma znaczenie, a jakość nie. Wiedziałem, że nie chcę ponieść porażki. Ale wiedziałem też, że nie chcę budzić się rano i czytać książek, których nie pozwoliłbym czytać swojemu psu. Pytanie brzmiało więc: czy jest jednak miejsce dla biznesu opartego wyłącznie na jakości? To znaczy, jeśli John Grisham i Danielle Steel zapukają do naszych drzwi, czy będziemy mogli im powiedzieć: nie jesteśmy zainteresowani? I teraz, po 26 latach, mogę pani odpowiedzieć na to pytanie: tak, jest miejsce na taki biznes. Ale trzeba zrobić dwie rzeczy: zajmować się nie tylko nowościami, lecz wszystkimi książkami reprezentowanych pisarzy, i działać na skalę międzynarodową. Dlatego cały czas badamy rynki w innych krajach. Ostatnio zajmowałem się Francją.

Nie mieli państwo dotychczas żadnych francuskich autorów…

Nie mieliśmy. We Francji nie ma tradycji agentów literackich, ale staramy się wejść na ten rynek, podobnie jak na inne. Na obszarze hiszpańskojęzycznym reprezentujemy wdowę po Jorge Luisie Borgesie. Na włoskim - Italo Calvino. Na niemieckim - W. G. Sebalda. Przy okazji obserwujemy ciekawe zjawisko: wszędzie istnieją tradycje wydawnicze, które są dobre dla wydawców, a złe dla pisarzy.

Na przykład jakie?

Weźmy literaturę francuską. Jeśli pochodzi pani po Nowym Jorku i zapyta najinteligentniejszych amerykańskich wydawców, jacy są najciekawsi współcześni pisarze francuscy, najprawdopodobniej powiedzą: Houellebecq i już z drugim nazwiskiem będą mieli problem. Czy to znaczy, że w Paryżu nic się nie dzieje? To chyba niemożliwe. Są przecież tacy wydawcy jak Gallimard, Flammarion, Seuil, nie wszyscy są zupełnie głupi. Kiedy porozmawia pani z ludźmi w paryskich kawiarniach, poczyta"„Le Monde”, zobaczy pani, że coś się tam dzieje. A więc dlaczego nic nie wychodzi poza granice Francji? Myślę, że odpowiedź brzmi: we Francji jest zwyczaj, że wydawcy kupują od pisarzy prawa na cały świat, ale nie umieją tych praw sprzedawać. A więc pisarze nie mają szans wydostać się za granicę. W rezultacie literatura staje się coraz bardziej ograniczona i regionalna, bo gdyby ktoś zamknął panią w klatce, w końcu zaczęłaby się pani zachowywać dziwnie. Gdyby zaś rozmawiała pani z całym światem, ta rozmowa rozszerzałaby pani perspektywy. Gdyby francuscy pisarze rozmawiali codziennie z Rothem, Rushdiem, Amisem, zrobiłaby się z tego interesująca wymiana. Ale fakt, że są praktycznie zamknięci w Café de Flore, bez żadnej możliwości ucieczki, marginalizuje literaturę francuską.

Jak przekonuje pan autorów? Proszę powiedzieć na przykład, jak zdobył pan prawa do Rotha.

Było tak: podszedłem do niego na przyjęciu i powiedziałem: czy możemy porozmawiać? Powiedziałem mu, że przyjrzałem się jego sprawom i w mojej opinii nie są dobrze prowadzone. Rzecz polegała na tym, że wydawca - Farrar, Strauss and Giroux - miał prawa na cały świat, zupełnie jak we Francji, oraz kontrakt, który był świetny dla niego, ale nie dla Philipa. Kiedy zaczęliśmy reprezentować Philipa i odsunęliśmy go od Straussa, było dużo łez i zgrzytania zębami, ale można chyba powiedzieć - Philip sam to przyznał, i to na piśmie - że jest z nas zadowolony. Powiedział nawet, że zmieniłem jego życie. Teraz się przyjaźnimy, i nie dlatego, żebym był szczególnie sympatyczny, ale dlatego, że dobrze zajmujemy się jego sprawami.

A jak było z Normanem Mailerem?

Agent Mailera zmarł, i Norman zadzwonił do nas i umówił się na rozmowę. Przyszedł i usiadł na tym krześle, co pani, wyjaśnił, kim jest i co robi, po czym powiedział: "Teraz spotkam się z pańską konkurencją - pozostałymi trzema najważniejszymi agencjami na świecie, czyli ICM, William Morris i Janklow & Nesbit”. Zawsze dużą przyjemność mi sprawia mówienie źle o konkurentach, więc życzyłem mu szczęścia. Powiedział: "Za tydzień przyjdę i powie mi pan, co pan wymyślił”. Był umówiony na jedenastą. O dziewiątej wziąłem egzemplarz jego najnowszej książki, na której była lista wszystkich jego dzieł, i poszedłem do księgarni po drugiej stronie ulicy, żeby przejrzeć katalog tytułów w sprzedaży. Porównałem te listy i zaznaczyłem tytuły będące w sprzedaży i te o wyczerpanych nakładach. Przyszedł i zapytał: "Przemyślał pan to?” Powiedziałem: "Tak. I co?” Odpowiedziałem: "Wszyscy wiedzą, kim pan jest, i jeśli chodzi o pańską najnowszą książkę, pewnie wszyscy agenci zrobią mniej więcej tyle samo, co ja mógłbym zrobić. Ale co z pracą, którą pan już wykonał? Wie pan, ile z książek, które już pan napisał, ma wyczerpany nakład?” Powiedział: "Nie”. Podaję mu kartkę, patrzy, i mówi: "Hmm”. Pytam więc: "Na ile języków jest pan tłumaczony?” Mówi: „Około 30”. "A więc, powiedzmy, że ma pan 25 książek o wyczerpanym nakładzie w Ameryce, i że w każdym z 30 języków mógłby pan sprzedać 5 z tych książek. I powiedzmy, że za każdą dostałby pan tysiąc dolarów. To powinien zrobić pański agent: uzyskać dla pana pieniądze za tę pracę, którą już pan wykonał”. Od tego dnia zaczęliśmy go reprezentować.

Kiedy odkrył Pan Orhana Pamuka?

Jakieś dwanaście lat temu. Przeczytaliśmy "Czarną księgę” i wydała nam się na tyle ciekawa, że Sarah Chanfald, szefowa biura nowojorskiego, i ja wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy do Stambułu, żeby spędzić kilka dni z Orhanem. Przyjrzeliśmy się jego sprawom i stwierdziliśmy, że niektóre rzeczy są robione dobrze, ale inne źle. Porozmawialiśmy z nim o tym, co by chciał osiągnąć w swojej karierze literackiej. I Orhan mówi mi teraz - ja już o tym zapomniałem - że po naszym spotkaniu, kiedy zgodził się, byśmy go reprezentowali, powiedziałem mu: "My zrobimy, co w naszej mocy, a ty kiedyś dostaniesz Nobla”.

Czyli dostrzegł pan wtedy, że Pamuk nie jest wystarczająco szeroko obecny na świecie?

Orhan był traktowany jak interesujący pisarz regionalny. A my powiedzieliśmy mu: "To, co robisz, może się podobać wszędzie. Możesz być ważnym autorem w Brazylii, Francji i USA, i powinieneś być. Pewną część tego tylko ty możesz zrobić: pisać. Ale jest też druga część, równie ważna, i za nią będziesz nam płacił”. Są sposoby, żeby zmusić wydawców, by dostrzegli, że w ostatecznym rozrachunku jakość jest cenniejsza niż komercja. Że Szekspir jest cenniejszy niż Grisham.

Pisarzy nie razi całe to mówienie o pieniądzach?

Zwykle jest tak, że jeśli wydawca zapłaci milion dolarów za książkę, to wydrukuje 200 tys. egzemplarzy. Jeśli zapłaci 10 tys. dolarów, wydrukuje 2 tys. egzemplarzy. Dlatego dla dobrego pisarza lepiej jest, jeśli dostanie milion dolarów, a nie 10 tys. - i wcale nie dlatego, że dobry pisarz ma ochotę kupować sobie samochody i chodzić do klubów nocnych, zazwyczaj wcale nie ma na to ochoty, ale dlatego, że z powodu tego prostego rachunku, dotrze do większej liczby osób.
Tak, ludzie często nam zarzucają, że obchodzą nas tylko pieniądze, ale gdyby tak było, to chyba jasne, że reprezentowalibyśmy Grishama. Wie pani, w mojej rodzinie były dwie linie zawodowe. Mój ojciec był redaktorem w wydawnictwie, a mój wuj bankierem. W świecie finansowym nie ma wielu intelektualistów, ale w świecie literackim jest równie niewielu ludzi mających jakiekolwiek pojęcie o interesach. Dlatego do świata literackiego trzeba wnieść trochę dyscypliny biznesowej. Wszyscy śmieciowi pisarze mają pieniądze na agentów, dobre porady od profesjonalistów, i w rezultacie podpisują świetne umowy, a ich książki piętrzą się w stosach przy samym wejściu do księgarń. I każdy zły hotel jest pełen osób czytających ich książki. A dobrych pisarzy stać tylko na złe porady od ludzi, którzy nie mają pojęcia o biznesie. To, co my chcemy zrobić, to zaoferować porady na najwyższym poziomie ludziom, których na to nie stać. I dobrze nam to idzie.

A jak się układają pańskie stosunki z autorami?

Świetnie, mam nadzieję. Jestem jak ogrodnik, który przychodzi do właściciela posiadłości i pyta: chce pan róże, lilie czy rododendron, a może powinienem zaorać cały ten ogród i znaleźć panu helikopter do podróżowania? Dowiaduję się, czego pisarz chce, i pomagam mu to osiągnąć.

Przyjaźni się pan z Salmanem Rushdiem?

Tak.

Z Orhanem Pamukiem?

Tak.

Z Normanem Mailerem?

Tak.

Co to za typ człowieka, pisarz?

Pisarze to najczęściej ludzie, którzy całe dnie siedzą zamknięci w małych pokojach, a kiedy w końcu wyjdą spotkać się z kimś, mają podkrążone oczy i wyglądają jak zwierzęta wypuszczone z klatki. I kiedy ktoś mówi do nich: "Cześć, co słychać?”, krzyczą z przerażeniem: "Ratunku!” Doprawdy, nie ma nic dzikszego niż pokój pełen pisarzy. To, czego potrzebują, to odrobina kontaktów towarzyskich.

Czy uważa pan, że dobre dla psychiki pisarza jest mieć agenta?

O tak, czasami. Jesteśmy na przykład świetni w poradach rozwodowych.

Myślałam raczej o matrymonialnych. W końcu mówi pan, że pisarze są samotni. A poważnie: w naszym świecie robienie interesów to rzecz normalna, a siedzenie w pokoju i bycie pisarzem to jednak dziwactwo. Więc może pisarzom przyjemnie jest mieć kogoś, kto sprawia, że nagle ich praca też staje się rodzajem biznesu?

Jesteśmy tu dla autora, rozmawiamy z nim o jego życiu i pracy. A rzeczy, które mówi pisarz, są zwykle takie bizarre, że gdyby znalazł się w pokoju pełnym bankierów, wszyscy otworzyliby ze zdumienia oczy. Co, o czym on mówi? To na pewno jakiś wariat!

Czy znał pan Miłosza?

Tak. Poleciałem do niego do San Francisco, widziałem się z nim też w Nowym Jorku. To Susan Sontag mi o nim powiedziała.

I opłacało mu się zostać pańskim autorem?

To są informacje poufne, ale proszę mi wierzyć, że bardzo.

W Polsce bardzo niewielu pisarzy ma agentów.

Wstydzę się, że nigdy nie byłem w Polsce i nie miałem czasu, żeby przeanalizować, co się dzieje w waszej literaturze. Robię różne dziwne rzeczy, będę na przykład reprezentował prezydenta Liberii i pojadę do Liberii, więc powinienem też pojechać do Warszawy.

Chciałby pan reprezentować Szymborską?

Bardzo.

Zagajewskiego?

Tak.

Różewicza?

Nie znam go.

A Mrożka?

Niestety, też go nie znam.

Co pan powie o zmianach na rynku wydawniczym, jeśli chodzi o ambitną literaturę? Ciągle słyszy się, że wszystko idzie w coraz gorszą stronę.

Idzie w coraz lepszą stronę. I to, co ciekawe, dzięki rosnącej sile księgarni internetowej Amazon. Amazon jest znacznie lepszy dla dobrej literatury niż sieci księgarń. A to z następującego powodu.
Andrew Wylie bierze kartkę i rysuje na niej schemat sklepu.
To jest duża ulica w mieście: Boulevard Saint Germain, Piąta Aleja. A oto księgarnia. Wszystkie najgorsze książki są tutaj, przy samym wejściu od Piątej Alei, w wielkich stosach. Wszystkie dobre książki są tutaj, z tyłu sklepu, w pojedynczych egzemplarzach. Ludzie, którzy zazwyczaj - to zostało zbadane - wchodzą tylko do pierwszych 30 proc. sklepu, tutaj dokonują 70 proc. swoich zakupów. Amazon bierze tę Piątą Aleję i przenosi ją na tył sklepu, tak, że wchodząc, widzisz po jednym egzemplarzu każdej książki. Dlatego Szekspir jest szczęśliwszy w Amazonie, podobnie Miłosz, a Grisham przeciwnie. Bo Amazon to miejsce równych szans, a księgarnia należąca do sieci to miejsce dla zachłannych kapitalistów (śmiech). Amazon to jest Borgesowska biblioteka Babel.