Dubliński IMPAC z roku na rok staje się coraz ważniejszym wyróżnieniem. Po co Irlandia zafundowała sobie taką drogą nagrodę literacką?

Ustanowienie nagrody (1996) zbiegło się w czasie z bumem ekonomicznym w Irlandii, czego wyrazem jest wysokość nagrody - 100 tys. euro. Jest to pod względem wysokości druga nagroda po Noblu, wyższa od Pulitzera, Bookera, nie mówiąc o nagrodach francuskich (Goncourt to symboliczny czek na 10 euro - przyp. red.). Była częścią klasycznego współczesnego programu promocyjnego szybko rozwijającego się kraju. Pamiętajmy, że w Irlandii obowiązuje też przepis, że pisarze i artyści, którzy się tam przeniosą - oczywiście chodzi o wziętych twórców - będą zwolnieni z podatków. Korzysta z tego wielu artystów, na przykład Houellebecq.

Dlaczego promować się akurat przez nagrodę literacką?

Uznano, że Irlandia, słynąca ze wspaniałej literatury, ojczyzna genialnych poetów, powinna mieć swoją wielką nagrodę. Na początku chciano nazwać ją Nagrodą im. Jamesa Joyce’a, ale nie uzyskano zgody od spadkobierców pisarza.

Jaki jest tryb wyłaniania laureatów?

Książki zgłaszane są nie przez wydawców, ale przez biblioteki z całego świat, które wybierają dzieła najbardziej popularne wśród czytelników. W każdym roku jest to ok. 120 - 130 książek, przy czym 70 proc. to utwory anglojęzyczne. Książki zgłaszane są w następnym roku po angielskim wydaniu. Pisarze nieanglojęzyczni oddają 25 proc. nagrody tłumaczowi.

Jak udało się w ciągu zaledwie 11 lat uzyskać taki prestiż?

IMPAC przeszedł trzy fazy. Mocno zaczął, bo pierwszym laureatem został solidny pisarz z Australii David Malouf, wygrywając z dwoma noblistami: Naipaulem i Saramago. W drugim roku wygrał Javier Marias, uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy hiszpańskich. Na krótką listę (od 7 do 10 książek), wchodziły więc bardzo znane nazwiska, laureaci Nobla, Bookera, ale wygrywali nie oni, ale inny, także znany i ceniony pisarz. Wydawało się, że taka jest strategia. Potem była seria mniej udanych laureatów, ludzi, o których się później nie słyszało, jak na przykład Herta Müller, Rumunka mieszkająca w Niemczech i moim zdaniem nagrodzona raczej według kryteriów społeczno-politycznych, a nie literackich. Wygrała na przykład z Margaret Atwood. Potem były jeszcze dwie taki decyzje: nagrodzono ludzi mało znanych, o których potem nikt więcej nie słyszał.

Ale w końcu zaczął się wzrost i pojawiło się parę efektownych decyzji. W 2002 nagrodę dostał Houellebecq dostał za "Cząstki elementarne", wygrywając z Atwood i Fuentesem. W 2003 nagrodzono Pamuka za "Nazywam się czerwień" - cztery lata przed Noblem, co jest ogromnym sukcesem jurorów. I o ile kiedyś mówiło się, że Nagroda Wydawców Niemieckich prowadzi do Nobla, tak teraz zaczyna się to mówić o IMPAC-u. Pisarza irlandzkiego po raz pierwszy nagrodzono w zeszłym roku, co świadczy o skromności organizatorów - nagrodę dostał Colm Tóibin za bardzo dobrą powieść "Mistrz" o Henrym Jamesie, która wyszła także po polsku.

Jak ocenia pan tegoroczną długą listę nominacji?

Jest bardzo mocna. Są na niej Margaret Atwood, Paul Auster, John Banville, który dostał w tym roku Bookera, Julian Barnes. Aż trzej nobliści: Coetzee, Gordimer i Márquez. I znowu Houellebecq z "Możliwością wyspy", Kazuo Ishiguro, McEwan, Rushdie, Murakami, Joyce Carol Oates, Zadie Smith, Ismail Kadare…

Są też Polacy.

Jest Magdalena Tulli z "Trybami", Dorota Masłowska z "Wojną polsko-ruską" i Paweł Huelle z "Mercedesem-Benzem".

Czy wśród nominacji często pojawiają się pisarze z Europy Wschodniej?

Poza Hertą Müller widziałem raz Pielewina, Czechów czy Węgrów nie przypominam sobie. Najlepiej reprezentowana jest Polska, na krótkiej liście była kiedyś na przykład Olga Tokarczuk. Organizatorzy chcą mieć paletę krajów, tak jak w Noblu. Ale myślę, że kilka lat temu Polska była tam lepiej widziana. Teraz patrzą na nas z niechęcią.