Powieści marynistyczne zwykle obchodzę szerokim łukiem. Trudno powiedzieć dlaczego. Może ma to jakiś związek z tym, że generalnie nie ufam wodzie. Albo z tym, że nie cierpię żeglarskich piosenek. Morskie podróże wydają mi się bardziej egzotyczne niż kosmiczne wyprawy na Marsa. Pamiętam, jak przed laty kolega próbował mnie namówić na jakiś pełnomorski rejs – wymówiłem się brakiem czasu, ale w gruncie rzeczy miałem po prostu pełne portki na samą myśl o tym, jak bardzo się będę bał (o rzyganiu nawet nie wspominając).

Strach to dobry pretekst, by pisać o "Statku" islandzkiego pisarza Stefána Mániego. Tę powieść także obszedłbym szerokim łukiem, gdyby nie ciekawość – okręt zagubiony na środku oceanu to świetna, acz rzadko używana sceneria dla horroru albo thrillera. Byłem ciekaw, w jaki sposób Islandczyk poradzi sobie z tym tematem. Nie zawiodłem się – a debiutujący na polskim rynku Stefán Máni zadziwił mnie swoją konsekwencją.

Oto jesteśmy na współczesnej Islandii – grupa marynarzy przygotowuje się do rutynowego rejsu. Płyną do Surinamu, gdzie ładownia ich wielkiego frachtowca zostanie wypełniona rudą aluminium. Marynarze są sfrustrowani: chodzą plotki, że firma, która ich zatrudnia, będzie przeprowadzać zwolnienia grupowe. Przy piwie i wódce rozważają ewentualny strajk. Tę frustrację i plany niesubordynacji zabiorą ze sobą na pokład.


Ale to nie wszystko – bowiem pozostali członkowie załogi również wsiadają na statek z ogromnym bagażem ziemskiego bólu istnienia. Niektórzy niosą na barkach tylko smutek, inni – piętno zbrodni. Krótko mówiąc: to istne ludzkie piekło. Wiemy, że owa mieszanka musi wybuchnąć, nie wiemy natomiast, jak to się stanie i do czego doprowadzi. Ale znamy zapalnik: jest nim przypadkowy pasażer – lokalny recydywista o ksywie, nomen omen, Diabeł, który trafia na frachtowiec, uciekając przed zemstą mafii.

Máni zgrabnie gra konwencjami. Pierwsze fragmenty książki płyną niczym fabuła filmu braci Coen – po sznurku kretyńskich zbiegów okoliczności, szlakiem głupoty, fałszu i obsesji. Im dalej jednak wchodzimy w tę opowieść, tym mniej tu "Fargo", a więcej Lovecrafta. Atmosfera się zagęszcza, rośnie uczucie klaustrofobii i daje znać o sobie zło w czystej postaci. Nie zaszkodziłoby wprawdzie "Statkowi", gdyby był o 100 stron krótszy, ale i tak jest to kawałek prawdziwie mrożącej krew w żyłach prozy, która jednak – jak na thriller przystało – z metafizyki korzysta bardzo oszczędnie.

Warto powieść Mániego czytać razem z wydanym u nas parę lat temu "Terrorem" Dana Simmonsa – obie te książki są doskonałym przykładem na to, jak zatrudnić pewne tradycyjne motywy literatury marynistycznej w służbie wartościowej popkultury.

STATEK | Stefán Máni | przeł. Jacek Godek | W.A.B. 2010 | 49,90 PLN ● ● ● ●