Przed napisaniem tej książki Marek Edelman był dla nas postacią z pomnika, wielkim bohaterem powstania w getcie. I bohaterem wciąż pozostał. Ale dzięki opowieściom jego przyjaciół poznałyśmy go jako zwyczajnego człowieka. (...) Obcy był mu narodowy patos, alergicznie wręcz nie znosił fanfar. Przyjaciele opisują, jak wszelkie próby "włożenia go w ozdobne ramy" torpedował ironią albo szyderstwem. nie chciał być traktowany jak bohater, autorytet moralny czy świadek epoki - piszą autorki książki.

Zajęły się one przede wszystkim powojennym życiem Edelmana, tym, jak uczestnik powstania w warszawskim getcie odnalazł się w zwyczajnym życiu. Po wojnie nie wyjechał z Polski, w 1946 na stałe zamieszkał w Łodzi, został kardiologiem. Razem z prof. Janem Mollem - pionierem leczenia zawałów serca w Polsce - opracował metodę przeprowadzania operacji kardiologicznych w stanie rozległego zawału. Jego współpracownicy z łódzkich szpitali wspominają, że na oddziale Edelman miał absolutny posłuch. Nie cierpiał biurokracji, nie liczyło się dla niego ubezpieczenie, tylko dobro pacjenta. Nie podobało mu się, że w nowoczesnej medycynie coraz częściej maszyny decydują za lekarza, był zwolennikiem obserwacji, kontaktu z pacjentem. Rzadko mylił się w swoich diagnozach, w książce opisanych jest kilka przypadków, gdy jego intuicja wyprzedziła nawet wystąpienie znaczących objawów choroby. Dla pacjentów był empatyczny, ciepły i wyrozumiały, dla współpracowników - ostry i wymagający.

Doktor Piotr Utz wspomina, że potrafił nawymyślać innym lekarzom od głąbów i głupków, urządzić salowym dziką awanturę o nieporządki na salach. Przy tym wszystkim był bardzo lubiany i szanowany przez współpracowników, którzy czuli w nim oparcie. Odpalał jednego papierosa od drugiego. Palił wszędzie, zdarzało mu się wyjąć papierosa i podpalić na sali chorych, wtedy trzymał go z tyłu, chowając za plecami.

Na co dzień Edelman bywał oschły, szorstki, wręcz nieprzyjemny. Gdy miał poczucie, że działa w słusznej sprawie, potrafił być apodyktyczny. On na każdy temat wypowiadał się szalenie autorytatywnie, nie przyjmował jakichkolwiek kontrargumentów. To było nieznośne - wspominał Seweryn Blumsztajn. Nigdy nie ubierał w eleganckie formy szczerego przekazu, uważał to za hipokryzję. Kindersztuba, jak twierdzą jego przyjaciele, nie była jego mocna stroną. Jeżeli zdenerwował się, robił awanturę, mówił to, co myślał. Miał w nosie, że krzyczy na profesora jakby był uczniakiem - piszą autorki.

Ci, którzy znali Edelmana bliżej, wiedzieli, że pod maską szorstkości kryje się człowiek niezwykle serdeczny, wierny wobec przyjaciół, skłonny do niesienia pomocy. Słynna była jego hojność. Zachowywał się tak, jakby jego pieniądze, zwłaszcza te z opublikowanych książek, nie były jego własnością: był tylko ich kustoszem. Wprost tego nie mówił, ale miał poczucie, że świat ma prawo do tych pieniędzy. (...) Miał poczucie, że on należy do innych ludzi i jego pieniądze także - wspomina Konstanty Gebert. Edelman uważał, że najlepsza pomoc to taka, o której jak najmniej się mówi. Bo osoba, której jej udzielono, znajduje się w niezręcznej sytuacji.

Kochał kobiety, a one odpłacały mu się tym samym. Choć często bywał dla nich szorstki i potrafił je zbesztać jak nikt inny, wybaczały mu, bo wiedziały, że mają do czynienia z mężczyzną nietuzinkowym"- piszą autorki. Doktor Maria Dmochowska, która pracowała z Edelmanem, wspomina: Był piękny, szczupły, jego migdałowe, brązowe oczy i błyszczące czarne włosy robiły na kobietach wrażenia. Charakteryzowała go urocza arogancja, nieliczenie się z opinią innych. Andrzej Czeczot opowiada: Był łowcą serc, choć był człowiekiem niewielkiego wzrostu. Ale kobiety widziały w nim przede wszystkim faceta niezwykłego formatu. Po prostu był niesamowicie silnym, władczym mężczyzną.

Do Izraela Edelman miał stosunek niejednoznaczny. Dla niego żydostwo to była diaspora. On był w Izraelu znienawidzony, bo dla niego najważniejszy był ich stosunek do Arabów. Uważał, że Holokaust nie tłumaczy Żydów z łamania praw człowieka, odwrotnie: zobowiązuje ich jeszcze bardziej, żeby ich przestrzegać. Nawet w sytuacji zagrożenia. (...) Żydzi z Izraela nie mogli mu wybaczyć słów: "Skończycie jak hitlerowcy" - wspomina Seweryn Blumsztajn.

W Izraelu czuję się jak turysta w obcym kraju - mawiał Edelman. Uważał, że to niemożliwe, by w morzu arabskiej kultury utrzymała się kultura europejska, nawet jeżeli skończy sie konflikt izraelsko-arabski. Nie miał też złudzeń, że Palestyńczycy także prowadzą politykę nacjonalistyczną i szowinistyczną, a zamachy terrorystyczne określał jako czysty faszyzm, taki jak u japońskich kamikadze.

Jestem Żydem polskim, ale wszyscy Żydzi uważają, że jestem wstrętnym polonofilem i mam charakter Polaka - powiedział kiedyś Edelman. W latach 70. zaangażował się w działalność polskiej opozycji demokratycznej. Szczególnie blisko był z Jackiem Kuroniem, z którym dzielił przekonanie, że ludzie powinni sobie wzajemnie pomagać. Gdy zachorowała Gajka Kuroniowa, to właśnie Edelman opiekował się nią jako lekarz i jako przyjaciel. On też osobiście podjął decyzję, żeby nie zdradzić pacjentce ani Jackowi Kuroniowi, jak poważna jest choroba Gajki, aż do ostatnich dni przed jej śmiercią.

W obronę słabych i zagrożonych angażował się do końca życia. Podczas oblężenia Sarajewa w 1993 roku pojechał tam razem z transportem żywności Polskiej Akcji Humanitarnej. Uważał, że gigantycznym skandalem jest to, że na Bałkanach trwa krwawa wojna, a reszta kontynentu spokojnie je. To go najbardziej szokowało - wspominał Konstanty Gebert.

Marek Edelman zmarł 2 października 2009 roku.

Książkę "Pan doktor i Bóg" Violetty Ozminkowski i Magdaleny Olczak opublikowało wydawnictwo Czerwone i Czarne.