Odarta z aury miejskiej legendy, czarna wołga wcale nie staje się mniej tajemnicza. Co więcej, nabiera rzeczywistych rysów. To jak, jesteśmy gotowi na podróż w mroczną przeszłość?

Po tę książkę chętnie sięgną nie tylko ludzie, którym w latach sześćdziesiątych i później mówiono "bądź grzeczny, bo porwie cię czarna wołga". Nie tylko miłośnicy peerelowskiego kryminału. Nie tylko historycy. Sięgną po nią ci, którzy to i owo słyszeli: o czarnej wołdze, ale i o tajemniczych groźbach wrzucenia cyjanku do ujęć wody dla Jeleniej Góry. Którym obiło się o uszy nazwisko "wampira" Marchwickiego, albo ci, którzy słyszeli o dziewiętnastoletnim Karolu Kocie, uznanym za jednego z seryjnych morderców. Być może "Czarną wołgę" Semczuka z zapartym tchem pochłoną i dzisiejsi policjanci kryminalni, którzy sporo się pewnie dowiedzą o tym, jak kiedyś rozwiązywało się sprawy. Bez systemu CEPiK, bez badań DNA, za to z dwutygodniowym czasem oczekiwania na prostą analizę chemiczną.

To taki "kryminał na opak". Znajdziemy w nim tę samą porcję zagadek, z tym, że zagadki te są całkiem rzeczywiste. Ktoś kiedyś musiał się z nimi zmierzyć. Mordercą nie jest służący. Morderca jest z góry znany. Choć wątpliwości – w niektórych przypadkach – pozostały po dziś dzień. O ile literaccy milicjanci - ci z kryminałów - przy goleniu lubili oddawać się myślom o społeczeństwie, które na nich liczy, o tyle ci rzeczywiści zdają szefom notatki: Z funduszu operacyjnego zakupiłem na dzisiejszą naradę dotyczącą sprawy zatrucia wody: papierosy Carmeny, 3 szt., po 18 zł, razem 54 zł, papierosy Sport, 12 szt., 3,50 zł, razem 42 zł, papierosy Klubowe... Giewont... kawa Super... herbata Assam... cukier w kostkach.

Nic dziwnego – rzeczywistość: odwołane urlopy, żmudna praca w obliczu – jak dziś byśmy powiedzieli – zagrożenia terrorystycznego w dużym polskim mieście. Jakoś trzeba było milicjantów zmotywować. Do takich dokumentów – które zachowały się głównie w IPN – dotarł Semczuk, ale nie znaczy to, że zanudza sygnaturami spraw i nowomową milicyjnych raportów. Wygrzebał rodzynki i umiejętnie wmieszał je do własnego ciasta – mamy dość pełen, ale bez przynudzania, obraz wydarzeń, które niegdyś poruszały opinię publiczną. I – dzięki cytatom z ówczesnej prasy – możemy wczuć się w atmosferę spraw – pełną niedopowiedzeń, publicznych tajemnic, poczucia grozy lub plotkarskiego zainteresowania. Choć książka dotyczy przecież peerelu, autor nie politykuje. Skupia się na faktach, a nie przyczynach. Polityką zajmuje się tylko wtedy, kiedy to absolutnie konieczne. A jednak ją czuć.

Właśnie dzięki tej osobliwej mieszance i ta książka jest osobliwa - ni to pitaval, ni reportaż, ni podręcznik historii. Ale i nie suchy, gazetowy opis faktów.

Niedosyt przez pierwszych kilka stron poczują ci, którzy zasiądą do "Czarnej wołgi" jak do kryminału. Bo Semczuk trzyma się z daleka od fabularyzowania – nie ma żadnego: „porucznik zamyślił się głęboko”. A jednak, kiedy już czytelnik przyzwyczai się do tej konwencji, okaże się, że nie może się oderwać od "Czarnej wołgi". Tym bardziej, że autor pokusił się o reporterską próbę – nie zawsze udaną – odnalezienia bohaterów swojej książki. Nie wszyscy chcieli, nie wszyscy mogli mówić po latach o sprawach, które wydawały im się dawno zapomniane, ale to czyni tę pozycję tym bardziej interesującą. I tym bardziej rzeczywistą – w odróżnieniu od kryminałów.

A czarna wołga – no cóż... autor domyśla się, że mogła być zwykłą taksówką, do której wsiedli bohaterowie jednej ze spraw. Kierowca nie zgłosił się na milicję, mimo wielu apeli w prasie. Może się bał. Może nie chciał kłopotów. A może apele doń nie dotarły. Prawda bywa banalna. To auto zapewne już rozsypało się w rdzawy pył. Ale istnieje jeszcze jedna czarna wołga - ta z naszych wyobrażeń: to mieszanka fobii, stereotypów, uprzedzeń. Ciągle istnieje w masowej świadomości. Ta czarna wołga ma się dobrze, a jej lakier wciąż złowrogo lśni. Które ze znanych nam dziś spraw przypomni autor następnej takiej książki – za kolejne pół wieku?

Przemysław Semczuk, "Czarna Wołga. Kryminalna historia PRL", Wydawnictwo Znak