Opowiedziana historia nie sprowadza się jednak tylko do opisu ostatnich 13-14 tygodni życia matki, u której zdiagnozowano guz mózgu. Proces stawiania diagnozy i późniejsze leczenie, to tylko punkt wyjścia. To jedynie pretekst. Drugi wątek dotyczy wspomnień związanych z dzieciństwem i wczesną młodością aktorki. Oba się ze sobą przeplatają, bo kiedy np. Grażyna Szapołowska szuka leków, to spotyka kogoś z przeszłości. Kiedy sprząta mieszanie, to natrafia na zapomniana listy, zdjęcia, wycinki z gazet.

Sadzam mamę na krześle przed lustrem. Wyjmuję nożyczki. Podcinam jej włosy. Zawsze, kiedy chciała mnie zobaczyć, dzwoniła i żartowała: "Grażynko, przyjedź. Już czas na zmianę fryzury".
Podjechałam pod bramę więzienia we Wronkach. Kręciliśmy tam "Nadzór". Podałam przepustkę. Wskazano mi drogę. (...). Byłam spóźniona. Została godzina do rozpoczęcia zdjęć. Zapytałam, gdzie szybko mogę umyć głowę. - Na pierwszym piętrze jest fryzjer - rzucił strażnik.

Tak rozpoczyna się podróż w głąb siebie, która w rzeczywiści zaczyna się dużo wcześniej niż choroba matki i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się dalej i dalej… I stąd też mowa jest zarówno o narodzinach córki i śmierci ojca - zarysowanych jedynie migawkowo, jak i o podróżach krajowych (np. wypad nad jezior do Iławy) oraz zagranicznych (m.in. Włochy, Francja i Rosja), w tym także sprawieniu sobie pierwszego prawdziwego futra. 

Szapołowska choć zachowuje w głównym wątku ciąg chronologiczny, odchodzi jednak od niego, kiedy mowa jest o najbardziej intymnych przeżyciach. W rzeczywistości "Ścigając czas" swoją strukturą przypomina sen - porwany, pulsujący, a nierzadko halucynacyjny. Z drugiej strony nie sposób jednak oprzeć się wrażaniu, że opisywane wydarzenia zostały precyzyjnie dobrane i równie precyzyjnie opowiedziane - to opowieść obrazami, anegdotami - na podstawie których z powodzeniem można by nakręcić film. Scenariusz jest już praktycznie gotowy. 

Problem jednak w tym, że brakuje opisu buntu, niezgody na to, co się dzieje, jak wtedy kiedy Janowi Nowickiemu zmarła matka - ten zniknął, zerwał próby do "Don Juana”, a Hanuszkiewicz zdecydował się, że datę premiery spektaklu przesunie. W przypadku opowieści Grażyny Szapołowskiej ma się wrażenie, że to wersja ocenzurowana. Że nie wyrzuca ona z siebie wszystkiego, co się w niej kłębiło. A przecież pisanie zmusza też do przeprowadzenia bolesnego często zabiegu - spojrzenia na siebie z zewnątrz, bez żadnych upiększeń.

Zamiast tego widzimy jak aktorka biega na próby i występuje na deskach teatru. Oklaski. Koniec spektaklu. Udało się. Dałam radę. Szybko wychodzę z teatru i wracam pustymi ulicami do domu - pisze m.in. Jedynie Jan Frycz po sposobie, w jaki grała, domyśla się, w jakim stanie jest jej matka, przyznaje sama Szapołowska w jednym z rozdziałów. Dla wnikliwego czytelnika, to stanowczo za mało. I może też dlatego bohaterów "Ścigając pamięć" przyrównać można z bohaterami filmu "Tatarak" w reżyserii Andrzej Wajdy, w którym Krystyna Janda wygłasza monolog o zmarłym mężu, który miał coś w płucach.  Wszyscy oni żyją  wstrząsani konwulsjami i histerycznym krzykiem wyrażającym ból i niezgodę na otaczającą rzeczywistość. W tym pierwszym przypadku nie wychodzi to jednak poza pewne ramy - w efekcie "Ścigając pamięć" wiele traci na autentyczności.

To z kolei sprawia, że dwuczasowość, która ma wskazywać na uniwersalnych charakter zdarzeń wraz z kolejnymi stronami zaczyna być odczytywana jako zabieg czysto techniczny. Szkoda, że w opisie wspólnoty ludzkich dramatów i radości nie ma choćby jednej sceny, w której bohaterka choćby na końcu książki  - niczym po zakończonym spektaklu - zrzuca maski granych przez siebie osób.

Mama umierała na moich rękach, odchodziła i odchodziła. Ale podczas jej ostatniego zaśnięcia ja zasnęłam. Wróciłam i już jej nie było - pisze w zakończeniu Grażyna Szapołowska.