Czym jest dobre życie, tego najpewniej nie wie nikt. Nie przeszkadza to obietnicy ziemskiego szczęścia być największą tęsknotą ludzkości i jej ogromnym problemem. To pragnienie, by łagodnie istnieć wśród bliskich, marzenie o harmonii i bliskości, utopia egalitarnego, wspólnotowego ciepła - nijak się mają do brutalnej natury współczesności, w której szczęście stanowi towar mocno deficytowy, choć pracuje na niego w pocie czoła cała globalna gospodarka. Rzecz tym, że świat czasów ponowoczesnych rządzi się prawem paradoksu Czerwonej Królowej z "Alicji w krainie czarów" - trzeba bardzo szybko biec, by stać w miejscu, z czego korzysta rozpędzona maszyneria społeczeństwa konsumpcyjnego, przedkładając za sowitą opłatą coraz to nowe iluzje spełnionej, acz w istocie nieosiągalnej radości życia.

Szczęśliwa wspólnota jest bowiem nieosiągalna ani dla tych, którzy są beneficjentami systemu, ani dla tych, którzy zostają z tego systemu bezlitośnie wykluczeni.

Ci pierwsi bowiem - klasa średnia, syci mieszkańcy Zachodu - korzystając ze zdobyczy indywidualizmu i swobody przemieszczania się zarówno w przestrzeni, jak i w strukturze społecznej, nie są w stanie zawrzeć z rzeczywistością kompromisu polegającego na podjęciu ostatecznego wyboru - bo przecież wciąż istnieją inne mgławicowe cele, zawsze godne złowienia, zawsze istnieją rywale, których można wyprzedzić na drodze do sukcesu. Ci drudzy - obywatele Trzeciego Świata, imigranci, biedacy - także, co oczywiste, mając świadomość istnienia owych zwodniczych pokus, są od nich oddzieleni nieprzekraczalną barierą siły nabywczej i własnej obcości w świecie wychuchanych turystów konsumentów. Zamykani w gettach nie zaznają szczęścia, kipią raczej z uczucia dławiącej nienawiści i niezaspokojenia. Brzmi to raczej niewesoło. Troskliwa, wspomagająca jednostkę wspólnota - mówi Zygmunt Bauman - zapewniająca bezpieczeństwo i ochronę przed egzystencjalnym lękiem, wydaje się dziś fikcją, choć nawiedza w snach nawet zatwardziałych indywidualistów. Bauman swoją ponurą diagnozę wiąże z nieustającym procesem przemian cywilizacyjnych, które w ostatnich dziesięcioleciach pozbawiły mocy ostatnią już integrującą społeczeństwa siłę - państwo, w szczególności zaś państwo narodowe. Niszcząc jedyny zachowany jeszcze bastion pewności w świecie, globalizacja pozostawiła ludzi na pastwę nieznanego losu - stąd rosnące w miastach mury grodzące osiedla, hordy nieugiętych ochroniarzy oraz sukcesy partii z prawem i sprawiedliwością w nazwie, stąd zamieszki na przedmieściach Paryża, ponurzy brodaci mężczyźni i kobiety w burkach na ulicach Brukseli, wreszcie - gwałtowna retoryka zastępczych (choć przez to nie mniej ważnych) sporów o kulturową emancypację mniejszości seksualnych.

Rzadko się zdarza, by dwie książki - bez skierowanej ku temu intencji autorów - tak świetnie się uzupełniały, jak to jest w przypadku "Wspólnoty" Baumana i "Snów o Utopii" Tobiasa Jonesa. Oświetlają z dwóch stron to samo zjawisko, nadając mu wyraźny kształt teoretyczny (piórem wybitnego socjologa) oraz wyposażając je w błyskotliwy komentarz dziennikarza, który wybrał się w świat, by sprawdzić, co się dzieje, gdy ludzie naprawdę biorą się współcześnie za bary z (utopijnym przecież) życiem wspólnotowym.

Jones, jak sam przyznaje, rozczarował się własną egzystencją, ciągłą gonitwą, światem rówieśników - 30-latków na dorobku, monotonną pracą, godnym pochwały codziennym egoizmem, wreszcie - brakiem stabilizacji i choćby odrobiny metafizyki. Start do dziennikarskiej i życiowej przygody miał więc dość standardowy: oto dobrze wykształcony i równie dobrze rokujący przedstawiciel klasy średniej, zmęczony namolnym konsumpcjonizmem oraz wyścigiem szczurów, postanawia wysiąść na chwilę z pociągu kariery, by odetchnąć świeżym powietrzem idealizmu. Przerabialiśmy już ten scenariusz miliony razy, a lifestyle’owe pisemka pełne są podobnych historii, jak to młodzi i piękni osiedli na sielskiej wsi, gdzie kolekcjonują stare meble, uprawiają korzenioplastykę i sieją nagietki, a do wielkiego miasta jeżdżą tylko dwa razy w tygodniu.

Ale gdy tylko Jones rusza w swoją podróż, te groteskowe analogie się kończą. Bo mamy do czynienia z facetem rozumnym i pełnym pokory, który naprawdę postanowił wybić się z kolein stylu życia (którego zafałszowana ucieczka w sielskość jest tylko kolejnym przejawem) i udokumentować to na piśmie. A w dodatku Anglik to człowiek o dużej wrażliwości duchowej, by nie powiedzieć - religijnej, co już z pewnością nie ma nic wspólnego ze współczesną modą na bycie cool.

Zamiarem Jonesa było odnalezienie sztucznie powołanej do życia ludzkiej wspólnoty wzniesionej na gruzach starego świata - takiej wspólnoty, której sam chciałby stać się częścią. Rozmaite ruchy newage’owe aż się tu narzucają jako propozycje, jednak angielski dziennikarz rozprawia się z nimi bezlitośnie, odwiedzając Damanhur, mistyczną enklawę w Piemoncie, w natężeniu pychy połączonej z głupotą bliską sekcie Elohimitów, obnażonej cynicznie przez Michela Houellebecqa w "Możliwości wyspy".

Paradoksalnie Jones odkrywa na nowo stare dobre chrześcijaństwo zdolne wykreować społeczny mikroświat, w którym ludzie potrafią współistnieć i otaczać się opieką bez względu na status społeczny, pochodzenie, chorobę czy inwalidztwo.

W ten sposób - grzejąc się przy piecu wśród życiowych rozbitków w otwartym przytułku na angielskiej wsi - Jones chwyta wątek poruszony przez Baumana i zastanawia się, jak stworzyć w świecie, w którym rodzina, społeczność lokalna i państwo wywiesiły białą flagę, miejsce, gdzie można w spokoju spędzić resztę swoich dni i spełnić wielkie marzenie ludzkości sprowadzone do wymiaru jednostkowego losu. I czy podobne ciepłe, przyjazne, dające nadzieję, spontanicznie i oddolnie powstałe instytucje mają przed sobą jakąkolwiek szansę.

Odpowiedź jest trudna - wydaje się jednak, że Jones mimowolnie odbył wędrówkę w przeszłość. Że próby utopijnego, sztucznego odtworzenia wielkiej rodziny, równościowego klanu krewnych i znajomych, zostaną prędzej czy później pożarte przez drapieżny świat niewidzialnej władzy i pokus konsumpcji. Chyba że czeka nas stulecie religii, i to nie tej fundamentalistycznej, ale ewangelicznej z ducha. Co jednak nie wydaje się możliwe. Niemniej warto było się wybrać z Tobiasem Jonesem na tę wyprawę.

"Sny o Utopii. Podróże w poszukiwaniu dobrego życia" (Utopian Dreams)
Tobias Jones,
przeł. Ewa Klekot,
W.A.B. 2008

"Wspólnota" (Community. Seeking Safety in an Insecure World)
Zygmunt Bauman,
przeł. Janusz Margański,
Wydawnictwo Literackie 2008