W jednym roku na dwóch ważnych stołecznych scenach zagrałaś najpierw Ofelię, teraz Annę Kareninę. Nieźle zaczynasz…

Natalia Rybicka: Czuję się wyróżniona. Szczególnie, że doskonale wiem, jak trudno jest dziś młodym aktorom przebić się, dostać angaż w teatrze, nie mówiąc o dużych rolach. Miałam olbrzymie szczęście – właściwie tuż po moim dyplomie w Akademii Teatralnej Agnieszka Glińska zaproponowała mi "Moralność pani Dulskiej" w warszawskim Współczesnym, potem Ofelia w "Hamlecie" Macieja Englerta. Wskoczyłam od razu na głęboką wodę – klasyka, praca z wierszem, Szekspir i pełna dyscyplina. Duże wyzwanie, ale mam nadzieję, że nie zawiodłam. Teatr Studio to następna szansa nauczenia się czegoś nowego. To kolejny rozdział. Pod każdym względem.
 

No właśnie, premierą "Anny Kareniny" zrezygnowałaś z etatu we Współczesnym na rzecz Studia?

To nie była łatwa decyzja. Współczesny był moim pierwszym teatrem. To marka. Ma swoich widzów, renomę, stoi za nim kawał historii teatru, o której nie wolno zapominać. Nie wyobrażam sobie jednak, że mogłabym odmówić. Po pierwsze, Studio to kolejne wspaniałe propozycje aktorskie – tytułowa rola u Pawła Szkotaka, a za chwilę, w listopadzie "Wichrowe wzgórza" Kuby Kowalskiego. Wielka literatura, piękne, złożone portrety kobiece. Po drugie – Agnieszka Glińska, która "towarzyszyła" mi już od pierwszego roku Akademii Teatralnej, i która wprowadziła mnie w zawód – to z nią przygotowałam dyplomowe "Opowieści lasku wiedeńskiego", gdzie zagrałam Mariankę. Agnieszka to poza tym za każdym razem przygoda, podróż w nieznany, ale bezpieczny świat. Cały zespół, wszyscy czujemy, że zaczynamy budować wspólne miejsce. Czujemy poza tym jakby większą niż zwykle odpowiedzialność za swoją pracę. A to dodatkowy dreszczyk emocji. Tu czuję, że żyję. I chyba o to chodzi w tym zawodzie.

Możesz zatem chyba mówić o szczęściu, pracując ze swoim mistrzem?

Rzeczywiście, to Agnieszka nauczyła mnie teatru. I ludzi. Pewnej otwartości na nich i wrażliwości. Nauczyła mnie także wiary w siebie, nazywania emocji. Dawała mi przy tym dużo wolności, co dla aktora nie jest bez znaczenia. Do dziś pamiętam zajęcia zatytułowane "Podpatrzone" – przynosiliśmy na nie scenki podpatrzone na ulicach, kawiarniach, tramwajach. To podglądactwo pozwoliło nam czujniej patrzeć i grać to "zobaczone" na scenie prawdziwiej. To przede wszystkim wielka przyjemność pracować z kimś, kto tak dobrze Cię zna.


Uroda pomaga młodej aktorce, czy raczej ją bezwzględnie klasyfikuje? Usłyszałaś kiedyś na castingu, że jesteś za ładna do jakiejś roli?

Myślę, że dzięki dyscyplinie i wychowaniu, które wyniosłam z domu, mam dystans do swojego zawodu. Staram się nie przejmować castingami, nie podchodzić do nich osobiście – jeśli nie chcą mnie takiej, jaką jestem, trudno. Co do moich warunków – dziś są takie a nie inne i muszę z nich korzystać. Teraz mam czas delikatnych, eterycznych blondynek. Kiedy miałabym zagrać Ofelię jak nie teraz? Jestem chyba "pogodzona" z własnym wyglądem (śmiech), i z tym, że być może czasem trochę mi pomaga. Chociaż ciekawym wyzwaniem byłoby zagrać rolę "wbrew" warunkom. Podjęłabym się tego z uśmiechem na twarzy.

Ale Anna Karenina chyba nie jest eteryczna?

Moja Anna to rzeczywiście raczej silna postać. Ale zarazem postać tragiczna, w gruncie rzeczy bardzo samotna i nieszczęśliwa. Walczy ze schematami, w które została wrzucona, i z którymi nie do końca się zgadza. Z całych sił próbuje się od nich uwolnić, bo chce odnaleźć siebie, walczyć o siebie. Idzie pod prąd. Nie godzi się na zastaną rzeczywistość. To wymaga odwagi. "Rodzimy się po to, żeby cierpieć" – mówi w pewnym momencie..
 

Ale chce to zmienić, bo dochodzi do wniosku, że "miłość jest jedyną rzeczą w życiu, która ją obchodzi"…

…tak, to cierpienie jest też jakąś drogą, pracą, być może nawet nadzieją. Anna rozumie, że przez większość swojego życia udawała kogoś innego. Jest w tym zresztą bardzo dobra – to świetna aktorka. W roli żony i matki jest perfekcjonistką, choć w środku kipi w niej od niejasnych emocji. I dopiero spotkanie z Wrońskim, którego gra Łukasz Simlat, pozwala im dojść do głosu. Przekonuje się, że może żyć inaczej, że może być szczęśliwa. Miłość daje jej siłę, ale też stwarza szerszą perspektywę. I to czyni ją bardzo współczesną. Anna jest jakby żywcem wyjęta z "dziś". W tej sile i uporze jest moja, jest mi bardzo bliska.


Wielka literatura, jedna z najpiękniejszych historii miłosnych wszechczasów, wielkie role Grety Grabo, Vivien Leigh, Sophie Marceau, za chwilę Keiry Knightley, a w polskim teatrze chociażby Niny Andrycz. Czujesz presję?

Staram się z całych sił odsuwać tę chmurę, ale oczywiście co jakiś czas odzywa się we mnie lekki strach przed tym "dziedzictwem". Ale to także ekscytujące wyzwanie, żeby znaleźć się w tym miejscu na swój sposób. Wyzwaniem jest też gra w XIX-wiecznych kostiumach, pięknych, długich sukniach, gorsetach. To z jednej strony pewna uciążliwość, a z drugiej strony okazja do pracy nad formą także w czysto fizycznym wymiarze. W gorsecie poza tym – który zresztą jest też Kareniny gorsetem na życie – czuję się kobieco, szlachetnie, dostojnie. Na co dzień chodzę w dżinsach, trampkach i jestem przygarbionym łobuzem w kapturze, a nie panią z wielkim dekoltem i ściśniętymi żebrami. O filmowych kreacjach staram się za dużo nie myśleć – z premedytacją nie wracałam do żadnego z tych filmów. Nie chciałam się sugerować, ani powielać tego, co już raz powiedziane. Nie lubię czuć się zbyt bezpiecznie. Do każdej roli szukam w innych zakamarkach siebie, odkrywam w sobie nowe pokłady, i staram się nie powtarzać też tego, co sama zrobiłam wcześniej.

Adaptacja brytyjskiej pisarki Helen Edmundson, w tłumaczeniu Jacka Poniedziałka jest na wskroś współczesna. Tołstoj potrzebuje dziś nowoczesnych nut?

I tak, i nie. Oczywiście Tołstoj broni się sam. To wielka literatura. Ale opowiedzenie tej historii dziś od deski do deski, to i karkołomne, i chyba niewystarczające. Chociaż historia jest prowadzona linearnie i pewnym sensie klasycznie, to jednak pojawia się rama, która bierze tę opowieść w szczególny nawias. Ten zabieg nie rozbija jednak narracji, nie podważa przedstawianego świata. Ustanawia raczej swoiste spojrzenie, nowy punkt widzenia. Największą zabawą jest dla nas, ale mam nadzieję, że też dla widza, spróbować przenieść w tych  XIX-wiecznych kostiumach prawdziwie, dzisiejsze emocje, które spotykamy tutaj, obok nas, na ulicy. I które są wciąż żywe. Bliskie. Będzie to zatem opowiedziana dzisiejszym językiem, nasza wersja pewnej tragicznej historii miłosnej.