Michał Smolis: Zastrzegł pan, że nie chce rozmawiać o Ingmarze Bergmanie.
Sławomir Maciejewski: Nie sądzę, żebym mógł powiedzieć o nim coś, czego dotąd nie powiedziano.

W "Rozmowach poufnych" gra pan alter ego ojca reżysera.
Najważniejszy jest dla mnie sam tekst Bergmana. To, co się zdarza między parą bohaterów: Anną i Henrykiem. I to, co o nich mówią inni.

Powieść i nakręcony na jej podstawie film Liv Ullmann poruszają wielkie tematy Bergmana: kryzys małżeństwa, kryzys wiary. W jaki stopniu dotykają one pana bohatera?
Henryk marzy o uporządkowanym świecie, w którym najistotniejsze są dom i rodzina. Jest pastorem, musi kierować pracą parafii i nauczać wiernych. Kłopot polega na tym, że nie potrafi podołać tym obowiązkom. Jest zbyt słaby, nie umie dojść do ładu z samym sobą. Zdrada żony spada na jego pozornie uporządkowany świat jak grom. Próbuje więc racjonalizować tę sytuację, próbuje odnaleźć w niej ślady sensu. Może zamysłu Boga?...

Co jest najważniejsze w tekście Bergmana?
Smutek. Wszyscy bohaterowie mają dobre intencje, ale naprawdę nic nie da się zrobić... Zaplątani w sieć własnych zależności i niemocy nie możemy się już zmienić. To jest... smutne.

Reżyserką "Rozmów poufnych" jest Iwona Kempa. To wasza kolejna wspólna praca.
Iwona lubi ludzi. Nawet tych z pozoru byle jakich. Może dlatego nie waha się zaproponować aktorowi zaskakującej konstrukcji bohatera. Takiej, która nigdy nie przyszłaby mi do głowy. W 1996 roku zagrałem w "Karykaturach" Kisielewskiego, debiucie Iwony. Po tym przedstawieniu byłem przekonany, że już nigdy więcej nie będzie chciała ze mną pracować.

Dlaczego?
Byłem "niegrzecznym" aktorem. Po prostu z nonszalancją i kpiną wykonywałem na próbach wszystkie polecenia debiutującej pani reżyser. To był okres, kiedy starałem się ukryć, jak poważnie traktuję swój zawód. Ci, którzy mnie dobrze znali, mogli podejrzewać, że moje zachowanie wynikało ze wstydu.

Czego się pan wstydził?
Zawsze krępuje mnie, kiedy muszę zdobyć się na szczerość i ujawnić prawdziwe emocje na scenie. Dlatego na próbach kryję się pod maską niepowagi, żeby nie pokazywać, ile ten zawód naprawdę mnie kosztuje.

Wobec tego dlaczego wybrał pan aktorstwo?
Studiowałem budownictwo na politechnice. Teatr odwiedzałem dość regularnie tylko jako widz. Po dwóch latach wymiary cegły dziurawki i teoria sprężystości zaczęły mnie nudzić. Trochę dla żartu, trochę z ciekawości spróbowałem dostać się do łódzkiej Filmówki. Zdumiało mnie, kiedy okazało się, że zdałem jako jeden z pierwszych na liście. Na początku studia były koszmarem. Nikt niczego nie uczył! Szczególną zmorą były ćwiczenia z cyklu "otwieranie się". "Proszę, teraz gramy zwierzęta!" - wołał profesor. Sala roiła się od kur, koni, krów... Stałem przerażony i rozglądałem się na boki. "A ty kogo grasz?" "Ptaszka kiwi" - odparłem bez wahania. Po latach zobaczyłem w filmie przyrodniczym, że ptak kiwi rzeczywiście zachowuje się, jakby był lekko zagubiony. Odnalazłem się w okolicach trzeciego roku na zajęciach z Bogusławem Sochnackim. Inni profesorowie godzinami opisywali, co i jak mamy grać, a Sochnacki mało mówił, głównie pokazywał. Wiedział, że mamy inny rozmiar kołnierzyka i chociażby dlatego nie staniemy się jego kopią.

A kiedy przyszedł przełom już w pracy teatralnej?
Podczas kolejnego przedstawienia Iwony Kempy. Zagrałem Clova w "Końcówce" Becketta. Wkrótce po premierze, która przypadła na koniec sezonu, gwałtownie schudłem. Poszedłem do lekarza, oczekując wyroku, a on tylko spytał o moje wakacyjne plany. "Zamierzam popłynąć kajakiem na rzekę". "To proszę popłynąć!". "Jak to?! Przecież ze mną dzieje się coś poważnego!" "Nie, proszę pana. Widziałem <Końcówkę>, pana przypadek to kliniczny przykład depresji". Postawił prawidłową diagnozę. Każdy człowiek w życiu walczy i to jest naturalne. Każdy bohater klasycznie skomponowanego dramatu walczy, a aktor na scenie walczy o swoje i to też jest wpisane w ten zawód. Bohater Becketta nie tylko nie walczy, ale w ogóle nie wie, że może walczyć. Iwona ściśle egzekwowała tę cechę Clova. Jego zdeformowane ciało uniemożliwia mu siedzenie, dlatego Clov cały czas stoi, chodzi, biega. Jest chronicznie zmęczony... Takie uwięzienie ciała musi w konsekwencji wpływać na zmiany w mózgu. Po wakacjach bałem się wrócić do tej roli. To był pierwszy raz, kiedy teatr tak głęboko i dosłownie ingerował we mnie jako człowieka.

Za rolę Clova otrzymał pan wyróżnienie na festiwalu w Kaliszu. "Wszystkie nagrody nie wzięły się znikąd, są one wynikiem zachodzącego we mnie procesu" - powiedział pan w jednym z wywiadów. Co to za proces?
Za każdym razem, kiedy zaczynam pracę, chcę, żeby nowa rola całkowicie różniła się od poprzedniej. Ale w słowie "sztuka" zawiera się słowo "sztuczka". Kiedy rola się uda, aktora korci, żeby powtórzyć sukces, użyć wypróbowanych "sposobików" lub "sztuczek". Na szczęście nie wychodzi mi powielanie samego siebie.

Nagrodzone role to m.in. w "Samotnym zachodzie" McDonagha w reżyserii Kempy i Henryk w "Ślubie" Gombrowicza w reżyserii Estończyka Elmo Nüganena.
"Samotny zachód" to kolejny przełom w mojej pracy. Miałem wrażenie, że siedzę temu facetowi na plecach, a on mnie nosi. Na scenie był człowiek, który mną powodował, a nie ja - nim. Do dziś kocham tę rolę. Z nieskromną satysfakcją stwierdzam, że publiczność również. Praca z estońskim reżyserem była szczególna. Nüganen nie znał polskiej tradycji grania "Ślubu", dlatego opowiedział sztukę Gombrowicza "po literach". Grałem Henryka, ale dla reżysera istotniejsza była postać Ojca, fenomenalnie zagrana przez Vladasa Bagdonasa - wielkiego litewskiego aktora. Powstało trochę bajkowe przedstawienie. Zostałem sam. Mój Henryk wobec rzeczywistości scenicznej musiał być ironiczny, nawet zimny. Może dlatego wygrał?... Chyba dobrze się stało, bo "wątrobowe" granie byłoby nie do pogodzenia z obrazem kreowanym na scenie.

"Wątrobowe", czyli granie przez "obnażanie bebechów"?
Tak. Nie cierpię tej formy ekshibicjonizmu i eksperymentu w sztuce. Widz znajduje się wtedy w sytuacji podglądacza, gapia.

Czyli istnieje granica, której pan w sztuce nie przekroczy?
Granice wyznacza zawsze autor i literatura, która nas zainspirowała do pracy. Mnie samemu trudno jest je zakreślić. Czasem okazuje się, że pozornie nieprzekraczalna granica jest dopiero pierwszym schodkiem w drodze na wieżę Eiffla...

Rozmawiał