„Naprawdę wątpię, czy można patrzeć na pożar bez pewnej przyjemności” – wyznał kiedyś Dostojewski. A ja wątpię, czy można bez przyjemności patrzeć na nową wystawę Thomasa Hirschhorna. Jest to jednak przyjemność perwersyjna, z gatunku niezdrowych fascynacji, które każą nam gapić się na wypadki samochodowe. Artysta podsuwa nam pod oczy największą kolekcję obrazów zmasakrowanych zwłok, jaką kiedykolwiek widziałem w galerii.
"Mniej znaczy więcej" – wołali na początku XX wieku moderniści, wyzywając do ekonomizacji środków artystycznych, szlachetnej prostoty i estetycznego racjonalizmu. Thomas Hirschhorn woli prostsze równanie:
Hirschhorn deklaruje niechęć do elitaryzmu sztuki i jej sterylnych świątyń, białych pudełek sal wystawowych. Kiedy jednak przyjdzie mu w takim pudełku pracować, potrafi położyć kres jego sterylności i nabałaganić. Jeżeli w instalacjach pojawiają się zdjęcia, to w postaci stron wydartych z jakiegoś pisma, albo wydruków wypuszczonych z domowej drukarki. Jeżeli Hirschhorn rzeźbi, to „z obiektów znalezionych”, kawałków manekinów i przedmiotów codziennego użytku. Spoiwem jego świata jest taśma klejąca – ulubiony oręż niedbałych majsterkowiczów. . Instalacje artysty zrobione są nonszalancko, sklejone skoczem, aby "jakoś się trzymały". To obraz współczesnego świata jako śmietniska, rzeczywistości zagraconej i nietrwałej, w której na dodatek źle się dzieje.
To więcej niż wystawa; to manifest artysty, który podkłada symboliczny ogień pod poczucie bezpieczeństwa mieszkańców sytej części świata, zasypuje galerię obrazami płomieni i śmierci i woła: wasze samozadowolenie jest złudzeniem; świat jest jeden i ogrania go pożar.
Na wystawie Hirschhorna stoją manekiny przebrane za panny młode. Ich suknie utkane są ze zdjęć przedstawiających pożogę we wszystkich możliwych wcieleniach: pożary domów i lasów, palone przez demonstrantów opony, policjantów rażonych koktajlami Mołotowa, płonące flagi, zbombardowane miasta, leśne ogniska skautów i podpalone kuwejckie szyby naftowe. W kącie stoi bateria kanistrów na benzynę. Są puste, na szczęście, bo kartonowo-plastikowa sztuka Hirschhorna jest łatwopalna. Solidnie powiększone są także fotografie ofiar: kolekcja zdjęć okaleczonych zwłok, odciętych głów, ludzi zastrzelonych, spalonych, wysadzonych w powietrze, rozerwanych na kawałki. Można się tylko domyślać, skąd pochodzą te zdjęcia. Z Iraku? Kaszmiru? Ze strefy Gazy? Z Europy? Zewsząd, bo przecież "pali się wszędzie".
"To jest prawda – a moim zadaniem jako artysty jest nadanie prawdzie formy" – mówi Hirschhorn i dodaje, że pożar, o którym mówi w swojej sztuce, nie ma granic: wszyscy jesteśmy na linii frontu, nie wyłączając jego samego, zamożnego 50 latka, sławnego artysty, mieszkańca uprzywilejowanej, bezpiecznej części planety. Pod tym względem jest wyjątkowy, ale jego donośny głos jest przecież częścią artystycznego chóru bez przerwy lamentującego nad kondycją świata. Najsurowsza diagnoza teraźniejszości i jeszcze gorsze prognozy na przyszłość to artystyczna codzienność. Gdyby brać narrację współczesnej sztuki na poważnie, należałby natychmiast uciekać z galerii, nieść pomoc, rozpoczynać rewolucję – lub przynajmniej schować się do schronu. Nikt jednak z DCA nie ewakuuje się: wystawa Hirschhorna ma świetne recenzje, widzowie są zadowoleni – nawet ci, których zemdli trochę na widok co bardziej pokiereszowanych trupów. Niby "wszędzie się pali", ale spektakl sztuki trwa w najlepsze.
Thomas Hirschhorn
DCA, Dundee, Szkocja, do 29 listopada
www.dca.org.uk