Gibson lubi grać facetów przyzwoitych. Takich, co to mają zasady, umieją troszczyć się o najbliższych, ale jak im kto nadepnie na odcisk, to i w mordę potrafią dać, i nawet do piachu posłać, bezkompromisowo dążąc do poznania prawdy i wymierzenia sprawiedliwości. Gibson w takich wcieleniach wypadał zawsze przekonująco i najwyraźniej takiego siebie widzi w lustrze przy goleniu.

Reklama

W „Furii” wciela to wyobrażenie w detektywa z Bostonu, który zasady ma żelazne, kompromisów nie uznaje i już tylko to wystarcza, by był jednym z ostatnich sprawiedliwych w przeżartym korupcją, złem i zepsuciem świecie. Właśnie w odwiedziny przylatuje do niego córka. Nie wygląda za dobrze, nie ma apetytu, wymiotuje, ale zaledwie zdąży się zająknąć, co jej dolega, już nie żyje zastrzelona na progu domu. Ojciec, przekonany, że to on był celem zamaskowanego zabójcy, rozpoczyna własne prywatne śledztwo, które doprowadzi go do odkryć tyleż sensacyjnych, ile niestety przewidywalnych. Ciemne machlojki, teoria spiskowa i te sprawy.

Film wyreżyserował spec od podobnych widowisk Martin Campbell, dla którego było to zresztą drugie wejście do tej samej rzeki. Bo to właśnie on zrobił w 1985 roku brytyjski miniserial „The Edge Of Darkness”, a teraz przerobił go na wersję kinową. Odwalił swoją robotę solidnie, ale nic poza rzemieślniczą sprawnością z tego remake’u nie wycisnął.

Choć cała historia trzyma się kupy, jest spójna, logiczna, choć poprowadzona została z głową, to jednak nie wciąga. Owszem, sama zagadka intryguje, ale tylko do czasu. Bo, gdy już raz wejdziemy w atomowe eksperymenty, to z setek filmowych teorii konspiracyjnych wiemy aż za dobrze, co będzie grane. Już nic nie zaskakuje, żaden typ spod ciemnej gwiazdy, choćby i sprzedajny senator albo ekolog zdrajca. Może tylko enigmatyczny specjalista do specjalnych poruczeń (znakomity Ray Winstone) i jego trudna do przewidzenia metamorfoza zdolne są na dłużej przykuć uwagę.

Jakieś to wszystko bezduszne, pozbawione polotu, wysilone, cierpiące na narracyjną niemoc, przekombinowane w detalach i niedorobione w ogólniejszym zamyśle. Moralne dylematy płaskie jak stół i w końcu załatwione patetyczną homilią i rewolwerem. Klimat osaczenia spiskiem, bezsilności wobec zła też jakoś nie ma temperatury rzeczywistej grozy, a jedynie podgrzewany w mikrofali zapaszek kalkulacji na kasowy sukces.

O ile jeszcze sama desperacja Gibsona wypada jako tako wiarygodnie, o tyle cały polityczny wątek uszyty jest nićmi zbyt grubymi, by dało się go traktować choć trochę poważnie. Zwyciężają schematy, maskowane zakrętami fabuły, nie na tyle jednak zręcznie, by dało się je w miarę gładko przełknąć. Wszystko, co się pojawia w kadrze, traktuje Campbell na zasadzie czechowowskiej strzelby, która jak wiadomo musi w końcu wypalić. Tyle że już w połowie filmu wiemy, do kogo będzie się strzelać, po co i z jakim skutkiem. A to niestety feler w kinie sensacyjnym niewybaczalny, nawet jeśli robi się tylko solidny, rzemieślniczy thriller.

>>> Zobacz, co Mel Gibson mówi o filmie