Czytając, miałam raczej wrażenie letniości pomieszanej z dobroduszną nudą. I (nieco złośliwą) przyjemność sprawił mi tylko pomysł, że to mężczyzna szaleńczo się kocha w dziewczynie, która traktuje go jak najgorzej i przypomina sobie o nim wyłącznie wtedy, kiedy potrzebuje pomocy w tarapatach. Peruwiańczyk Ricardo w dzieciństwie poznał pewną dziewczynę i tego dnia wpadł jak śliwka w kompot: będzie ją kochał przez dziesięciolecia i na różnych kontynentach, a ona będzie się z niego śmiała. Oczywiście, relacje męsko-damskie, w których to kobieta jest górą, zdarzały się często w literaturze. Witkacy marzył o demonicznych femme fatale, Schulz tarzał się u stóp władczych kobiet, ale ja jakoś zawsze miałam wrażenie, że stereotyp literatury romansowej (a może w ogóle stereotyp życiowy) jest przeciwny: to kobieta czeka i płacze, a mężczyzna ją zwodzi, w najlepszym razie nie wraca z wojny. Tutaj jest na odwrót: to on czeka latami, mości dla niej gniazdko, obiecuje, że będzie się nią opiekował, a ona ugania się po świecie za męskimi sercami i majątkami. Problem jest tylko taki, że pod piórem Llosy ta niby to wielka namiętność zamienia się w coś w rodzaju pamiętnika pisanego przez chłopca, który się boi, że mama przeczyta. A analiza ruchów społecznych Ameryki Łacińskiej i Europy, na których tle szaleje ta namiętność, przypomina co najwyżej hasła z Wikipedii, a nie przenikliwe obserwacje wielkiego pisarza. Historia Zachodu, rewolucje i miłość - niby wszystko, czego trzeba, żeby rozgrzać czytelnika. Ale jakoś nie bardzo rozgrzewa.

Reklama

I nie może rozgrzać - bo tak naprawdę nie ma tu żadnego gorącego romansu. Cała ta gadka o miłości to jest trik fabularny, ukłon w stronę czytelnika romansowego, przesłaniający całkiem inne problemy bohaterów. Ukochana Ricarda, córka biedaków, od dziecka marzyła tylko o jednym: o bezpieczeństwie, jakie w naszym świecie dają pieniądze. I wszyscy mężczyźni byli jej potrzebni tylko po to, żeby zapewnić jej dostatek. Ricardo zaś od dziecka marzył tylko o tym, żeby wyjechać z Peru, zamieszkać w Paryżu i wieść tam spokojne mieszczańskie życie, z dachem nad głową i byle jaką pracą. Zachodnie poczucie dostatku i bezpieczeństwa - czyli to, co dla Europejczyków jest czymś najzwyklejszym w świecie, biednemu chłopcu z Peru wydaje się szczytem marzeń. I miłość Ricarda dla tej dziewczyny to raczej marzenie o uzupełnieniu rodzinnego gniazdka, a nie szaleństwo namiętności. Zaś jej miłości i zdrady to tylko miotanie się kobiety, która panicznie boi się biedy.

A więc nie jest to żaden słodko-gorzki romans, ale opowieść o dwojgu zagubionych dzieciach z peryferii Zachodu, dla których największym marzeniem jest to, co już dawno znudziło ich europejskich kolegów. Podczas gdy Peruwiańczycy marzą o małej stabilizacji, Francuzi i Anglicy robią rewolucje ideowe - maj '68 czy muzyka punk - żeby taką stabilizację dla zabawy obalić. (Swoją drogą, ta przechadzka po ruchach społecznych Zachodu przypomina mi niedawną "Dolinę Radości" Chwina, gdzie bohater był bohaterem całej historii XX wieku). Ricardo i jego niegrzeczna dziewczynka patrzą na XX wiek ze zdziwieniem i mają te wszystkie ruchy społeczne w nosie.

I pod tym względem książka Llosy może się nam wydać bliska. Bo kto z nas, będąc na Zachodzie i słuchając różnych dyskusji ideowych, nie miał wrażenia, że uczestniczy w jakimś egzotycznym spektaklu, który jest wykwitem luksusu? Że te wszystkie ruchy społeczne to zabawa rozkapryszonych dzieci, które mają w pokoju za dużo zabawek? Zachód, do którego one mają tyle zastrzeżeń, dla ludzi z mniej szczęśliwych rejonów świata jest spełnieniem marzeń o bezpiecznej przystani (a rozprzestrzenianie się teraz w Polsce różnych antyzachodnich idei, takich jak te, na które patrzył obojętnie Peruwiańczyk Ricardo, to znak, że w naszych pokoikach jest już całkiem sporo klocków i lalek Barbie).

Ricardo czuje więc, że jego problemy są z innego świata. Póki nie ma pewności, że całe życie będzie miał dach nad głową, najzwyczajniej nie ma prawa do ideowych luksusów - bo jego potrzeby są bardziej podstawowe. Nie ma prawa zachwycać się teoriami Foucaulta ani buntować w duchu anarchistycznym. Ale czuje, że nie ma też prawa zbyt ostro tych rzeczy oceniać - bo one nie należą do jego świata. Mieszka na Zachodzie, ale jakby cały czas stał z nosem przyklejonym do szyby: tak jak w Polsce się kiedyś stało przed drzwiami Peweksu, patrząc na czekoladę z orzechami.

Sęk w tym, że czekolada zza szyby mniej smakuje i że książka pisana z takiej perspektywy nie bardzo potrafi nas dotknąć. Autor ani się nie angażuje, ani nie krytykuje i miłość też pokazuje jakoś tak grzecznie i nieśmiało. Jakby nie miał odwagi zbyt mocno narzucać się czytelnikowi - tak jak bohater nie ma odwagi narzucać się światu. A więc nie można napisać ciekawej książki o ludziach, którzy czują się dalekimi krewnymi świata? Owszem, można. Ale trzeba by z ich dystansu zrobić świadomą zasadę. Wyostrzyć ich obcość, zintensyfikować świadomość własnej inności. A poczucie nieuczestniczenia musi być tak zrobione, żeby czytelnik nie mógł w nim nie uczestniczyć. Nawet o łagodnych i mdłych ludziach nie można pisać mdło i łagodnie.